sobota, 16 kwietnia 2022

NO I MAMY WIELKANOC

 



Żurek podawany z chrzanem,

mazurki polukrowane,

uwędzone smakowicie szyneczki,

pisanki ślicznie ozdabiane.

Jeszcze w dzbanku glinianym srebrzyste bazie, kotki,

a w święconce cukrowy baranek.

Biały obrus na stole rozłożony,

na obrusie gałązki borówek zielone.

Już niebawem wielkanocne śniadanie.

Przy stole zastawionym

rodzinny, serdeczny krąg.

WESOŁYCH ŚWIĄT.

 

Wierszem mojej niezawodnej Krystyny Królikowskiej życzenia świąteczne składam.


Obraz dandelion_tea z Pixabay 

wtorek, 21 grudnia 2021

WSZYSTKIE MOJE CHOINKI

Tytuł nieco trąci plagiatem, ale mówi się trudno. Inny mi nie pasuje. Choinki jak kobiety – zawsze są piękne. I stroić się lubią. Ich uroda niestety, inaczej niż w przypadku kobiet, przemija, o czym przekonałam się bardzo wcześnie – z rozpaczą obserwując, dziecięciem będąc, jak choinki gubią igły i jakoś tak szarzeją. I chylą się ku ziemi. I to mimo obfitego podlewania. Może dlatego dziś nie wierzę nadmiernie w siłę kremów nawilżających i w picie 3 litrów czystej wody dziennie. Wolę kawę i herbatę.

Nie wszystkie moje choinki pamiętam. Niech mi wybaczą. Nie pamiętam niestety, i wstyd mi za to, mojej choinkowej inicjacji. Z pewnością miała ona miejsce gdzieś około 3 roku mego życia, ale niestety kolejne choinkowe fascynacje nałożyły się na tę pierwszą. W efekcie do wspomnienia najwcześniejszego, z choinką w tytule, dotrzeć dziś nie potrafię.
Najpierw były choinki prawdziwe, wysokie, nie zawsze kształtów regularnych, ale za to przepięknie, mocno pachnące. Królowały świerki rodzime. Z dość drobnymi igłami, w tonacjach ciemnej zieleni. Ubierane były domowym sposobem, chałupniczo. Żadnej rozrzutności. Strój na miarę trudnych lat 50. i 60.
Lata 70. przyniosły w darze choinki sztuczne i moc szklanych świecidełek. Zaczął królować zdobniczy miszmasz, dość beztroski, skąpany w świetle lampek, zawodnych, bo, jak mi wyjaśniano, liniowo łączonych. Co i rusz trzeba było szukać, która to lampka się przepaliła, bo całość nie świeci.
Lata 80. i 90. minionego stulecia. To już moja dorosłość i powrót do choinek prawdziwych, kupowanych i ubieranych w ostatniej chwili, czyli dopiero w Wigilię, by stały jak najdłużej, by jak najpóźniej zrzucały igły. Mieszkaliśmy w bloku, a bloki to kaloryfery. I ogromna suchość powietrza, wszędzie poza łazienkami, gdzie, z powodu braku okien i sprawnych wywietrzników, królowała wilgoć. Ale w końcu trudno trzymać choinkę w łazience.
Poza tym, co trzeba podkreślić, to był czas, gdy choinki miały stać ku radości dzieci, naszych dzieci, a tym samym miały pełnić funkcje wychowawcze. Zdobione zatem były łańcuchami, zabawkami i gwiazdkami, wykonanymi przez dzieci, z naszym rodziców udziałem. I, rzecz jasna, obwieszone cukierkami i pierniczkami. Uroda takich choinek to rzecz, moim zdaniem, umowna. Ale, na zasadzie prawa częstości kontaktu i efektu Pollyanny, nakazującemu mi patrzeć na wytwory dziecięce przez różowe okulary – choinki te z godziny na godzinę stawały się coraz piękniejsze. I wspominam je z sentymentem.
No i na koniec historii choinek pełnej -   mój wiek średni, czyli epoka wciąż tej samej sztucznej choinki, zakupionej przez nas, czyli mego małżonka i mnie, w ataku rozrzutności i ekologicznego nastawienia, dla uczczenia nowego tysiąclecia. Choinka wspaniała, bo jak prawdziwa. I na dodatek wiecznie żywa. Mimo że ma już swoje lata, co i rusz ktoś nabiera się na jej doskonałość i nie chce uwierzyć, że to drzewko jest sztuczne. Nie pachnie, ale wygląda. Wiem, że choinka, podobnie jak kobieta, pachnieć dobrze powinna, więc w ustawionym w pobliżu wazonie jest zawsze kilka gałązek świerku z naszego ogródka. Takie małe oszustwo.  
Choinka co roku zmienia swoje świąteczne odzienie: bywa złota, biała, srebrna i kolorowa, tradycyjna. W każdej szacie jest czarująca. I, co najważniejsze, może stać bardzo długo i wciąż wyglądać świeżo. I bardzo długo może cieszyć mnie swoją urodą. Aż do Tłustego Czwartku, kiedy to na skutek presji otoczenia, decyduję się ją rozebrać i ułożyć do snu. Z nadzieją na kolejne wspólne Świąt obchodzenie.  

niedziela, 19 września 2021

WAKACJE OD BLOGOWANIA


Rzadko ostatnio zaglądam do bloga. Przestało mnie to bawić? A może jednak coś innego? Na przykład to, że nie mam nic do napisania? Faza pisania pamiętnika - już za mną. Faza reagowania na codzienność - za mną. Faza oburzania się na to, co dzieje się wokół – patrz wyżej.

A tu jesień. W przyrodzie i w życiu. I ciągle nie udaje się znaleźć odpowiedzi o sens tego wszystkiego, co życiem się nazywa. A tym bardziej tego, co nazywa się przemijaniem.

A jednak dziś zajrzałam. Do blogów, do których zwykłam zaglądać, przy okazji zaglądania do bloga swojego. Brzmi pokrętnie, ale tak właśnie jest.

I cóż – odkryłam, że piszecie, że wciąż macie coś do powiedzenia. Ciekawie piszecie. I tak jakoś zwyczajnie. O przyrodzie, o jedzeniu, o ziołach i z ich suszenia płynących korzyściach, o czasu atrakcyjnym spędzaniu, i o swoich i nie tylko swoich, bo przypadkowo spotkanych, zwierzętach. O książkach, a nawet o polityce. I wiersze piękne tworzycie.  Stokrotka zadaje trafne pytania i zamieszcza piękne fotografie. Tatulowe opowieści wciągają. 

Niestety gdzieś mi zaginął bardzo bliski memu sercu blog „gdzieś na północy” pisany. 

Do "biblioteki" wpadłam. Nietypowo było, bo "pani od biblioteki" akurat gotowała. „Sielskie miejsce” odwiedziłam, i dobrze, że to zrobiłam, bo to ważne miejsce. „W malinach” też byłam, ale gospodyni nieobecna. Przyjęła mnie, co prawda, lelejami, ale takimi majowymi, a tu już wrzesień. Szarabajka na szczęście obecna „duchem i piórem”, ale, niech wybaczy, na razie nawet o białym miasteczku nie jestem w stanie dyskutować.  A Notaria? Pozwól droga Notario, muszę to napisać: nie tylko z Lema, ale i z Ciebie jest prawdziwa bomba megabitowa.

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie. I póki co kontynuuję blogowe wakacje.

 

Obraz Free-Photos z Pixabay 

wtorek, 20 kwietnia 2021

JUŻ TO MÓWIŁAŚ

 


Na stare lata, wiedz to przyjaciółko,

istotną częścią mej mowy...kółko.

Tym kółkiem wielu do siebie zrażam,

gdy jedno zdanie w kółko powtarzam,

a potem wcale nie jest mi miło,

gdy słyszę: "przecież to już mówiłaś".

 

Tak to właśnie częstą przypadłość wieku późniejszego trafnie i dowcipnie ujęła Krystyna Królikowska. Polecam refleksji.


Obraz Piyapong Saydaung z Pixabay

czwartek, 11 marca 2021

Wytłumaczcie mi to, proszę!

Czy ktoś przekona mnie do sensu harmonogramu zamieszczonego na stronie pacjent.gov. Dlaczego 70+ są umieszczeni na samym końcu i na zapisy na szczepienie mają 3 dni, a ci z rocznika 1952 na samym początku i na zapisy mają aż 9 dni? Dlaczego urodzeni w latach 1953-1954 mają na zapisy 6 dni czasu, a nieszczęśnicy urodzeni w latach 1955-1956 tylko 3?  

Już nie mówiąc o tym, dlaczego napis głosi: data szczepienia, a chodzi o datę rejestracji? 

Będę wdzieczną za przekonanie mnie do sensu tego wszystkiego. 

Niezaszczepiona blogerka

Cytuję:  

Jeśli jesteś osobą 70+, a jeszcze się nie zaszczepiłaś/aś, nadal możesz to zrobić. 

Od 11 marca osoby w wieku 65–69 lat mogą się zgłaszać na szczepienie. Szczepienia osób 65-69 będą się odbywały zgodnie z następującym harmonogramem:

Data szczepienia

Grupa wieku

11.03 – 13.03

Rocznik 1952

18.03 – 20.03

Rocznik 1952 – 1954

22.03 – 24.03

Rocznik 1952 – 1956

25.03 – 27.03

Grupa 70+


Obraz Alexandra_Koch z Pixabay

poniedziałek, 1 lutego 2021

GODZINY DLA SENIORÓW

 


Godziny dla seniorów, czyli między 10.00 a 12.00 zakupy mogą robić tylko ci, którzy osiągnęli 60 r.ż. Przed młodszymi drzwi sklepów spożywczych, drogeryjnych, piekarni, aptek winny zostać zamknięte. Jak zareagowali beneficjenci tej decyzji?

Jeśli wierzyć mediom, to odpowiednio do oczekiwań decydentów. I to wtedy, gdy decyzję wprowadzono w życie, jak i wtedy, gdy się z niej wycofano. Albo jest tak, że seniorów wszystko cieszy, albo też media potrafią znaleźć właściwych rozmówców.

JAK BYŁO NA POCZĄTKU?

„To bardzo dobra decyzja”. „Spokojnie można zrobić zakupy. Nie ma kolejek”. „Dobrze, że ktoś o nas starszych pomyślał, bo to strach się zarazić”.

Sondy uliczne, okołosklepowe, ukazywały zgodność poglądów. Ludzi w podeszłym wieku cieszyły godziny dla seniorów. Widzieli w tym rozwiązaniu troskę o pokolenie schodzące, zasłużone i zasługujące na długie spokojne życie, czyli na skuteczna ochronę przed koronawirusem.

 

JAK JEST DZISIAJ?

„No i dobrze. Ja z tych godzin i tak nie korzystałam”. „Mnie młodzi nie przeszkadzają. I tak o ósmej robię zakupy”. „My mamy czas, to sobie kupimy, jak trzeba to później. A młodzi się spieszą, więc to dla nich dobrze”. „A co to za różnica. Człowiek jest młody i może o każdej porze przyjść z każdym”.  „Nam niby lepiej, a wcale nie lepiej, a młodzieży gorzej”.

Sondy uliczne, okołosklepowe, ukazują zgodność poglądów. Ludzi w podeszłym wieku cieszy przywrócenie pełni  praw zakupowych młodszym rocznikom. Widzą  w tym rozwiązaniu troskę o pokolenie wschodzące, pracujące i zasługujące na długie spokojne życie, czyli na skuteczną ochronę przed stresem ograniczeń konsumenckich.

Obraz Mabel Amber z Pixabay

 

sobota, 30 stycznia 2021

PANDEMIA Z KOBIETĄ ZA LADĄ

 


Rozpoczęłam intensywną terapię. Codzienna godzinna sesja. Herbata z cytryną w dużej szklance, nie w kubku, ale w szklance (bo tak się ongiś pijało, a o to ongiś chodzi). Ciepły koc. Wygodny fotel. W ręku pilot.  Włączam telewizor i przenoszę się w cudowny czas lat minionych.

Cofam się w czasie, o przeszło 40 lat, i wędruje do dużych praskich delikatesów. Półki pełne towarów. Te wszystkie słoiczki, buteleczki i butelki, te wspaniałe opakowania artykułów sypkich, bombonierki, kawa, lada w stoisku garmażeryjnym wypełniona po brzegi. Sałatki, kanapki, stosy starannie pokrojonych wędlin. Sezonowe owoce i warzywa. No i moje ulubione podłużne bułeczki, które tylko w Czechach smakują  wspaniale.   

Muzyka w tle. Napisy. Co mi tam pandemia, strajki kobiet, ograniczenia, szczepienia, raporty Ministerstwa Zdrowia. Ja oglądam „Kobietę za ladą”. Po czesku: „Žena za pultem”. Serial czeski, choć czechosłowacki. Ale takie to powikłane były te czasy. Premiera  w 1977 roku. W Polsce nieco później. Scenariusz Jaroslava Dietla. Nie będę streszczać całości. Wystarczy, że powiem iż bohaterka serialu, Anna Holubová (Jiřina Švorcová (1928 – 2011) grała te rolę naprawdę świetnie), właśnie się rozwiodła i zmieniła pracę, by mieć, jako ta samotna matka, więcej czasu dla swoich dzieci. Przedtem była kierowniczką dużego sklepu, teraz została ekspedientką. Co prawda, też w dużym sklepie i nie taką zwykłą ekspedientką, bo w dziale delikatesowym. W dodatku szybko awansuje, o czym dowiadujemy się w ostatnim odcinku, bo jest bardzo dobrym handlowcem i wartościowym człowiekiem. Używam tych określeń nieprzypadkowo. W serialu etos pracy socjalistycznej jest ukazany wysoce przekonywująco.   

Anna ma trochę kłopotów z dziećmi, jeszcze więcej z byłym mężem. Przeżywa rozterki związane z „nową miłością”, której obiekt pojawia się już w pierwszym odcinku.  Dzieje się naprawdę dużo.

Każdy odcinek przedstawia inny miesiąc w życiu Anny, od stycznia poczynając na grudniu kończąc (ten grudniowy odcinek to zresztą mój ulubiony, co nie zdziwi nikogo, kto mnie zna i wie,  jak bardzo kocham grudzień). Będzie happy end, a ponieważ wiem, że będzie, to nic nie psuje mi przyjemności oglądania. Co mi tam: koronawirus,  szczepienia, raporty Ministerstwa Zdrowia, Strajk Kobiet, dramaty przedsiębiorców i handlowców - ja odlatuję. 

Serial był popularny nie tylko w Czechosłowacji, ale również u nas. Lata temu widziałam go po raz pierwszy, potem szedł w Kinie Polskim i  nawet go nagrałam, a teraz wracam do niego z dużym sentymentem. Takie to proste, takie zwyczajne, takie w sam raz do moich potrzeb wieku późnego, takie terapeutyczne.  Prawdziwe lekarstwo na czas pandemii.