piątek, 16 marca 2018

Wkładka paszportowa


Leży przede mną relikt minionej epoki, czyli wkładka paszportowa wielokrotna. Niewtajemniczonych informuję, że  to taki pseudopaszport, czyli  dokument uprawniający do podróżowania po demoludach, wydawany w latach 60. i 70. XX wieku. Paradoksem było, że wkładka paszportowa funkcjonowała bez paszportu.  Powinna się w związku z tym nazywać: przedpaszportempółpaszportem lub subpaszportem – do wyboru, a najlepiej - erzatzpassport’em.  Nazywała się jednak wkładką i naprawdę nie wiem - dlaczego. Chyba, że chodziło o to, że można ją było włożyć do kieszeni?  Albo jeszcze gdzie indziej, jeśli się chciało wyjechać za tę prawdziwą granicę.

Wkładka była dwujęzyczna – jak przystało na epokę: polsko-rosyjska. Nie było w niej zdjęcia, więc ważna była tylko w duecie z dowodem osobistym.  Miała specjalne rubryki na wklejanie znaczków opłat paszportowych oraz na informacje o przydzielonych dewizach. Skrupulatnie ostemplowywano daty wyjazdu i powrotu, co dzisiaj pozwala mi zrekonstruować szczegółowo historię moich wojaży. Przewidziano też dużo miejsca na różnokolorowe stemple organów kontroli ruchu granicznego. Załóżmy, że dla kolekcjonerów.
Osobiście stałam się posiadaczką wkładki w 1972 roku i od razu zaczęłam zbierać pieczątki graniczne. Wędrowałam, gdzie tylko się dało, a dało się po Ludowej Republice Bułgarii, Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej, Niemieckiej Republice Demokratycznej, Socjalistycznej Republice Rumunii, Węgierskiej Republice Ludowej i Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Jak widać, wolność przemieszczania była mocno ograniczona terytorialnie, ale i tak cieszyła.  Swoją drogą, wyliczając dostępne nam dzięki wkładce „страны”, trochę się wzruszyłam, bo już zapomniałam, jak to się te  nasze demoludy dumnie i „trafnie” nazywały.
Wyjeżdżało się w grupach, na własną rękę lub z biurem podróży. Ja głównie z Almaturem. Wspierano się bratnim handlem wymiennym. Więzi przyjaźni zacieśniano dzięki powszechnej znajomości rosyjskiego. Pamiętam wspaniały letni koncert Omegi na Wzgórzu Gellerta w Budapeszcie. Prawdziwa młodzieżowa międzynarodówka, a słyszało się tylko dwa języki: węgierski i rosyjski. Dziś byłby to pewnie przede wszystkim angielski.
No więc leży przede mną wkładka paszportowa, moja osobista. I waham się co z nią zrobić: wyrzucić, oddać dziecku na pamiątkę (niech ono wyrzuci), czy też może z powrotem schować do szuflady? Decyzja trudna. Już wiem, zachowam się jak Scarlett O’Hara z „Przeminęło z wiatrem”, pomyślę o tym jutro.

20 komentarzy:

  1. :) Pamiętam, też miałem i cieszyłem się jak dziecko, gdy po raz pierwszy przekraczałem granicę Polski. Niestety, ja nie mam takich sentymentów i zbyteczne rzeczy wyrzucam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam ją nadal, bo niestety w papierach jestem niezłą bałaganiarą.

      Usuń
  2. Ja miałam kiedyś paszport dla nieletnich, towarzyszących rodzicom i nawet nie wiem gdzie teraz jest?
    Zachowaj, może kiedyś do muzeum się nada?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już napisałam Szarabajce - może się nada do Muzeum PRL-u? Albo pokolenia lat 50-tych?

      Usuń
  3. Jak najbardziej zachowaj. Jak nic się nie zmieni, to może się jeszcze przydać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Muzeum PRL-u, domniemywam. Obiecuję zachować.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie, na okazję jak przestaną nas wpuszczać z wizą Schengen.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pojęłam. Choć nie wiem, czy wkładka wtedy pomoże.

    OdpowiedzUsuń
  7. No ja niestety - ciągle jeszcze przechowuję takie relikty epoki.
    :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadne niestety. Warto przechowywać. Ja w końcu też tej wkładki nie wyrzuciłam.

      Usuń
  8. Mam jeszcze stary paszport z obciętym rogiem. Wkładki nie posiadałam. W tamtym okresie podróże były mi obce ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Paszport z obciętym rogiem też posiadam. Natomiast nie mam aktualnego, bo minął mu termin ważności. Co mi przypomniało, że trzeba tą sprawą się zająć. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kochana, wkładkę zachowaj dla potomnych, a najlepiej dołączyć opisy ciekawostek przy poszczególnych pieczątkach. Ja pamiętam, jak w kieszonce bluzki przewoziłam pierścionek kupiony we Lwowie i jak się trzęsłam ze strachu.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Rzeczywiście podsunęłaś mi pomysł na kolejne posty. Pierścionek kupiłam w Kijowie. Strachu nie pamiętam. Może nie wiedziałam, że nie wolno przewozić.

    OdpowiedzUsuń
  12. też byłem na Omedze (na Kisstadionie) i Locomtivie (w Ifjusagi Park), również z wkładką paszportową, w dowodzie stempel "do NRD", a potem nowy stempel na demoludy... wkładki zresztą miałem dwie, bo pierwsza była jednorazowa, dla małolatów 16 - 18, do TZT... niestety nie mam ich już, ale za to mam pierwszy paszport jeszcze z orłem bez korony, ostemplowany do końca, wymiętoszony niemożebnie, raz się nawet wykąpał, więc te stemple niektóre rozmazane, nie za wyraźne...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
  13. Swoiste pamiętniki te nasze stare paszporty.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja bym zostawiła! Takie rzeczy, upchnięte w głąb szafy, sprawiają wielką frajdę kiedy przypadkowo wpadną w ręce i wtedy wraca się wspomnieniami do tych podróży, tak jak Ty dzisiaj :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Zgadza się. żeby jeszcze ta szafa była bardziej przepastna, bo pęka w szwach.

    OdpowiedzUsuń
  16. Wszystkie dokumenty PRL-owskie skrzętnie przechowuję, ale paszportów - poza ks. walutową - nie udało mi się zatrzymać, bo zawsze miałem wyjątkowo jakiś paszport na który nie zasługiwałem. Tych paszportów było kilka rodzajów, ja miałem taki dla pracowników MSZ, chociaż nigdy tam nie pracowałem, a tylko czasami jeździłem na ich zlecenia. Potem, w nagrodę wydano mi kilka razy paszport dyplomatyczny, chociaż też nie miałem do niego uprawnień. O te "lepsze" paszporty walczyli wszyscy, bo to było potwierdzeniem pozycji, no i praktycznie nie było żadnej kontroli celnej, a paszportowa tylko grzecznościowa. Niestety wszystkie paszporty trzeba było zdawać po powrocie do Polski.

    OdpowiedzUsuń
  17. Całkowicie o tym zdawaniu paszportów zapomniałam. Pozdrawiam. Faktycznie było coś takiego, ale mnie nie dotyczyło. Z tego co wygrzebałam w necie wynika, że tak było do 1972 r. W tym okresie jeszcze nigdzie nie wyjeżdżałam. Moje pierwsze zagraniczne wyjazdy były później, czyli na wkładkę paszportową. Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Warto przeczytać!

POŻEGNANIE ONETU