poniedziałek, 15 lipca 2019

Kocham oleodruki, landszaftów nie wyłączając


Zainspirowana wystawą w Olsztynku, poświęconą obrazom fabrycznym z przełomu XIX i XX wieku, pozawracam Wam nieco głowę sztuką dla mas. „Obrazy fabryczne” nie przedstawiały bynajmniej życia robotników przemysłowych. Były to po prostu barwne odbitki wytwarzane w technice litografii, przy pomocy, dla mnie niezwykle skomplikowanych, form drukarskich. Jak się je odpowiednio potraktowało, obrazy, nie formy, np. powlekło werniksem, to wyglądały jak olejne autentyki. Sztuka dla każdego. Obrazy śliczne, prześliczne i na tyle tanie, że miały szansę zawisnąć nie tylko w mieszczańskim salonie, ale i w ubogiej robotniczej izbie; nie tylko w zamożnym dworku, ale i pod zwykłą strzechą. Oleodruki można było kupić w księgarniach, ale i na jarmarku. A potem jeno podziwiać. I radować się. Prawdziwa magia. 

Słowo „oleodruk” - najpierw brzmiało dumnie, potem stało się synonimem kiczu. W pogardzie znalazły się zwłaszcza ukochane przez mnie landszafty, czyli obrazy przedstawiające motywy pejzażowe. Góry i równiny, morza i jeziora, wsie i miasta, rzeki,lasy, pustynie.  Jelenie, co warto podkreślić, nie były na nich obowiązkowe.

Dbano o to, by obrazy pasowały do mebli i funkcji wnętrza. Co innego wieszano w jadalni, co innego w sypialni, co innego w karczmie, a jeszcze co innego w pokoju hotelowym. W pokojach gościnnych umieszczano wizerunki pięknych pań śniących o miłości, małżeństwie i macierzyństwie. Alternatywą „nadłóżkową” były nimfy, w ogromnym wyborze, mniej lub bardziej roznegliżowane, w towarzystwie łabędzi i amorków. W sypialniach dominowały obrazy religijne. Mogły być dwa mniejsze, rozdzielone krucyfiksem, albo jeden szerokoformatowy: prostokątny lub owalny. Te ostatnie najczęściej pochodziły z wydawnictw Adolf May z Drezna i E. G. May z Frankfurtu (późniejsza firma KAMAG). W domach ewangelickich popularne były tzw. błogosławieństwa. Starannie dobraną sentencję, np. taką: „ Ja i mój dom chcemy służyć Panu”, umieszczano na odpowiednim tle i zdobiono obficie ornamentami. Nie brakowało też oleodruków przedstawiających sceny rodzajowe, pouczających i dowcipnych. No i landszaftów, które wieszano wszędzie,  bo wszędzie pasowały.

Całą tę wiedzę zawdzięczam wystawie w Olsztynku. Wujka Googla jakoś ten temat nie fascynuje. Za młody facet, ot co.

U nas,  w moim domu dzieciństwa*, pokój był jeden -  jadalnia, sypialnia i pokój gościnny jednocześnie, a oleodruki dwa. Oba wspaniałe. Pierwszy z nich przedstawiał żniwa, słoneczny obraz lata, uruchamiający moją dziecięcą wyobraźnię, zapraszający do swego wnętrza. Zniknął ze ściany bardzo wcześnie. Nie wiem, czy się nie podobał dorosłym, czy zadecydowały jakieś inne względy. Niestety już nigdy później nie natrafiłam na ten obraz. Drugi z oleodruków to obraz przedstawiający Chrystusa na Górze Oliwnej. Tego obrazu już też w domu nie ma. Był jednak na tyle popularny, że odnalazłam go i na wystawie w Olsztynku,i w Internecie. Już wiem, że jego twórcą był  austriacki malarz i rzeźbiarz Josef August  Untersberger  (1864 – 1933), który pod pseudonimem Giovanni, zajął się produkcją dzieł sztuki komercyjnej. Współpracował ze wspomnianym wyd. KAMAG.

Teraz jeszcze muszę znaleźć  „żniwa” i poczuję się spełniona w swej miłości do oleodruków, w tym landszaftów, których u nas, co prawda, nie było, ale miały swoją godną reprezentację w innych domach, w mieszkaniach naszych sąsiadów, krewnych, znajomych. Oleodruki, w każdej postaci, to wierni towarzysze mojego dzieciństwa.  


*Skąd wzięły się te obrazy w moim domu rodzinnym? Przywiezione z przedwojennego mieszkania dziadków? Z szabru? Zakupione na targu? Nie wiem i już się pewnie nie dowiem. W każdym razie były i kształtowały moje artystyczne gusta. Mąż stwierdzi pewnie, że kształtowały owszem, ale moje artystyczne bezguście. Niech mu będzie.

**Zainteresowanych pogłębieniem tematu odsyłam na stronę: http://muzeumolsztynek.com.pl/fileadmin/user_upload/Techniczne/Zeszyty_Naukowe_4.pdf







6 komentarzy:

  1. Podobne obrazy wisiały u mojej babci, nad łóżkiem Jezus i Matka Boska, kawałek dalej Anioł stróż, nad kredensem wielki okręt pod żaglami, natomiast w kuchni makatki z porzekadłami na różne okazje...haftowane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W domku na Mazurach mam takie makatki - wyszywane przez babcię mego męża. Białorusinkę. Babcię Agafię.

      Usuń
  2. "Jezus na Górze Oliwnej" ozdabiał sypialnię moich rodziców, a dwa oleodruki przedstawiające Jezusa wisiały - po dwóch stronach krucyfiksu- w sypialni moich dziadków (ewangelików), czyli wszystko się zgadza, było tak, jak miało być.
    Obrazy olejne znikały, bo pojawiały się fototapety i można sobie dowolne zdjęcie przekształcić na obraz w technice canvas. Myślę, że cena olejnych też była wysoka, bo przecież ramy musiały być odpowiednie, a te były drogie. Mam kilka obrazów na ścianach, ale one są nowoczesne- malowali je studenci wydziału artystycznego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei mam kilka niezłych kopii. Zaprzyjaźniona malarka i jeden oryginał - widok na klasztor w moim rodzinnym mieście

      Usuń
  3. Oczywiście, u moich dziadków całe ściany były wypełnione obrazami. Kiedy nocowałam u nich, zawsze przed snem oglądałam te sielskie widoczki i to one kształtowały mój gust. Nie rozumiem tego wyśmiewania się z "widoczków". Myślę, że w następnym wieku będą się śmiali ze współczesnej mody na zimne trójkąty.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Obrazy w domu dziadków były, ale nie pamiętam tematyki. Natomiast u rodziców oprócz portretu dziewczynki Olgi Boznańskiej i drzeworytów Laszenki, nie przypominam sobie innych. Dziś na ścianach króluje albo sztuka współczesna albo fotografia, co szczególnie mocno widać w programach telewizyjnych poświęconych aranżacji wnętrz. Zgadzam się z Tobą, że oleodruki miały w sobie jakąś czarowną moc i urok.

    OdpowiedzUsuń

Warto przeczytać!

POŻEGNANIE ONETU