Adieu moje książki

We wszystkich moich domach zawsze było mnóstwo książek. I tak jest nadal. Nawet te najstarsze i najbardziej podniszczone towarzyszki mojego dzieciństwa zajmują kilka półek regału. Kiedy przeczytałam „Rzeczy których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy, zrozumiałam, że nie będę liczyć na decyzje potomnych, co z moich książek zostawić, a co oddać na makulaturę, tylko załatwię to osobiście. I nie tyle powyrzucam te wszystkie tomiska, chudsze i grubsze, na śmietnik (rzecz jasna w ramach selektywnego odbioru odpadów), co znajdę dla nich nowe domy. I tak powstał scenariusz do realizacji. Będę zdejmować z półek kolejne książki, czytać je po raz ostatni, oddawać im hołd w blogu i oddawać w ręce tych, których ucieszą. Przeczytają, odłożą na swoją półkę, albo puszczą w dalszy obieg. Zapraszam do lektury postów z serii ADIEU MOJE KSIĄŻKI.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M3. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M3. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 kwietnia 2018

Od M1 do M5



Dzisiaj taka mała przypominajka, a dla młodzieży być może lekcja historii. Będzie o czasach PRL-u, a konkretnie o ówczesnej terminologii mieszkaniowej.
Dawno, dawno temu startując w dorosłość marzyło się, aby mieć chociaż M1 i móc wyprowadzić się od rodziców. Innymi słowy: iść na swoje. M1 to w zamyśle miał być lokal dla 1 osoby, czyli tzw. kawalerka. Jeden pokój, bez kuchni, z aneksem kuchennym, np. w przedpokoju.