Adieu moje książki

We wszystkich moich domach zawsze było mnóstwo książek. I tak jest nadal. Nawet te najstarsze i najbardziej podniszczone towarzyszki mojego dzieciństwa zajmują kilka półek regału. Kiedy przeczytałam „Rzeczy których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy, zrozumiałam, że nie będę liczyć na decyzje potomnych, co z moich książek zostawić, a co oddać na makulaturę, tylko załatwię to osobiście. I nie tyle powyrzucam te wszystkie tomiska, chudsze i grubsze, na śmietnik (rzecz jasna w ramach selektywnego odbioru odpadów), co znajdę dla nich nowe domy. I tak powstał scenariusz do realizacji. Będę zdejmować z półek kolejne książki, czytać je po raz ostatni, oddawać im hołd w blogu i oddawać w ręce tych, których ucieszą. Przeczytają, odłożą na swoją półkę, albo puszczą w dalszy obieg. Zapraszam do lektury postów z serii ADIEU MOJE KSIĄŻKI.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi, czyli triumf pani Małgorzaty Linde


Przyjęcie karnawałowe ważna rzecz. Okazja do spotkania dawno nie widzianych przyjaciół, znajomych. Lepiej oczywiście, gdy organizatorem przyjęcia są owi przyjaciele i znajomi. Czasami jednak się nie udaje i to ty zostajesz gospodarzem vs gospodynią. Trzeba posprzątać, co nieco ugotować, co nieco upiec, pomyśleć o atrakcjach. I o alkoholach, rzecz jasna. Już w trakcie tych przygotowań rodzi się obawa, że przyjęcie okaże się totalną porażką, potrawy się nie udadzą, goście się wynudzą, a ty będziesz się miotać między tymi nieudanymi potrawami i znudzonymi gośćmi, aż w końcu też poczujesz się nieudany (-a) i na dodatek znudzony (-a).
I zawsze w takich chwilach wspominam pewne spotkanie towarzyskie w okolicach Bożego Narodzenia. Na zasadzie gorzej być nie może. Niby wszystko było jak zwykle, tyle że wśród przybyłych znalazła się pani Z, czyli współczesna wersja pani Małgorzaty Linde (tej z Ani z Zielonego Wzgórza). Każdy, kto zna twórczość Lucy Montgomery wie, że pani Małgorzata prawdy się nie bała, było zwolenniczką zasady: co w głowie, to na języku, a zatem zawsze mówiła to, co myślała, nie bacząc na siane spustoszenie. Trzeba przy tym przyznać, że pani Linde była osobą otwartą, spostrzegawczą (moja mama mówiła o takich osobach, że mają argusowe oczka, wszystko, co chcesz ukryć, wypatrzą), wrażliwą (ale bez przesady).