Przyjęcie karnawałowe ważna rzecz.
Okazja do spotkania dawno nie widzianych przyjaciół, znajomych. Lepiej
oczywiście, gdy organizatorem przyjęcia są owi przyjaciele i znajomi. Czasami
jednak się nie udaje i to ty zostajesz gospodarzem vs gospodynią. Trzeba
posprzątać, co nieco ugotować, co nieco upiec, pomyśleć o atrakcjach. I o
alkoholach, rzecz jasna. Już w trakcie tych przygotowań rodzi się obawa, że
przyjęcie okaże się totalną porażką, potrawy się nie udadzą, goście się
wynudzą, a ty będziesz się miotać między tymi nieudanymi potrawami i znudzonymi
gośćmi, aż w końcu też poczujesz się nieudany (-a) i na dodatek znudzony (-a).
I zawsze w takich chwilach
wspominam pewne spotkanie towarzyskie w okolicach Bożego Narodzenia. Na
zasadzie gorzej być nie może. Niby wszystko było jak zwykle, tyle że wśród
przybyłych znalazła się pani Z, czyli współczesna wersja pani Małgorzaty Linde
(tej z Ani z Zielonego Wzgórza). Każdy, kto zna twórczość Lucy Montgomery wie,
że pani Małgorzata prawdy się nie bała, było zwolenniczką zasady: co w głowie, to na języku, a zatem
zawsze mówiła to, co myślała, nie bacząc na siane spustoszenie. Trzeba przy tym
przyznać, że pani Linde była osobą otwartą, spostrzegawczą (moja mama mówiła o
takich osobach, że mają argusowe oczka, wszystko, co chcesz ukryć, wypatrzą), wrażliwą
(ale bez przesady).
