Adieu moje książki

We wszystkich moich domach zawsze było mnóstwo książek. I tak jest nadal. Nawet te najstarsze i najbardziej podniszczone towarzyszki mojego dzieciństwa zajmują kilka półek regału. Kiedy przeczytałam „Rzeczy których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy, zrozumiałam, że nie będę liczyć na decyzje potomnych, co z moich książek zostawić, a co oddać na makulaturę, tylko załatwię to osobiście. I nie tyle powyrzucam te wszystkie tomiska, chudsze i grubsze, na śmietnik (rzecz jasna w ramach selektywnego odbioru odpadów), co znajdę dla nich nowe domy. I tak powstał scenariusz do realizacji. Będę zdejmować z półek kolejne książki, czytać je po raz ostatni, oddawać im hołd w blogu i oddawać w ręce tych, których ucieszą. Przeczytają, odłożą na swoją półkę, albo puszczą w dalszy obieg. Zapraszam do lektury postów z serii ADIEU MOJE KSIĄŻKI.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ćwiczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ćwiczenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 kwietnia 2018

W zdrowym ciele - zdrowe cielę


Tak pisałam trzy lata temu:

„W zdrowym ciele - zdrowy duch. Regularne ćwiczenia przedłużają życie i czynią je lepszym. Również, a może zwłaszcza, w przypadku osób takich jak ja, czyli „sercowych”.  Z wymienioną zastawką (nie mylić z ustawką). „Codzienna, regularna aktywność fizyczna sprzyja rozwojowi krążenia obocznego w mięśniu sercowym – małe naczynia krwionośne stają się bardziej przepustowe, dochodzi do powstawania nowych drobnych tętniczek i żył” - zalecają lekarze.  
Spacery – ważne, ale to za mało. Trzeba mieć co najmniej dwie formy aktywności fizycznej, regularnej aktywności. I nie o sprzątanie na czworaków i bieganie po centrach handlowych tu idzie. Trzeba uprawiać sport. Chodzić z kijkami, pływać, gimnastykować się itd. W zdrowym ciele, zdrowe cielę.
Chodzenie z kijkami w grupie odpada. Wszyscy chodzą szybciej ode mnie. Nie nadążam. Samotnie chodzić , np. po pobliskim lesie, nie lubię, bo nudno. W końcu to codziennie prawie taka sama trasa. Mogłabym ze słuchawkami w uszach, ale wówczas nie usłyszę zagrożenia, np. skradającego się dzika lub seryjnego mordercy.
Pływanie też odpada. Za dużo bakterii, wirusów i pięknie zbudowanych, młodych kobiet na basenach. Poza tym pływam tak sobie i ciągle ktoś mnie na torze wyprzedza, a to godzi w moje ego. Moja samoocena cierpi, a zadyszka uniemożliwia pełne godności opuszczenie basenu.
Gimnastyka jest wyjątkowo nudna i wyczerpująca. Takie 50 brzuszków, nawet maskowanych, trwa wieki. A radosny głos instruktorki wkurza do nieprzytomności.
Widzę, że panie radzą sobie dobrze. To może jeszcze z 20 razy? Raz, dwa, trzy
Tańce wymagają gibkości, płynności i co to ukrywać - wymagają piękna zewnętrznego. Nie pomaga zasada: mierz siły na zamiary, nie zamiar podług  sił. Ćwiczy się w sali z lustrami. I lustra mówią prawdę. Prosto w oczy. 
Pozostaje joga, a konkretnie hatha - joga.  Asany: pies z głowa w dół, drzewo, kobra, półksiężyc, wojownik, bohater, skłon do stóp. No i jeszcze pranamaja, czyli kontrola oddechu. Brzmi wspaniale. Będę ćwiczyć jogę.  Spokojnie, bezpiecznie, bo w zaciszu domowym.
Rozkładam matę. Włączam stosowną muzykę. Rozciągam ciało i już wiem. Joga to tylko pozornie dobry pomysł. Im bardziej się bowiem rozciągam, tym bardziej umieram ze strachu. Nie dowierzam bowiem lekarzom pierwszego i ostatniego kontaktu, kardiologom, kardiochirurgom, ortopedom. Nie dowierzam też członkom rodziny i znajomym. Nie dowierzam w kwestii następującej: w kwestii mojego mostka. Nie dowierzam, że mostek ten, po mojej zastawkowej operacji, zrósł się w sposób zapewniający mi pełne bezpieczeństwo wzięcia świata w ramiona. Im dalej w las, tym silniejsze poczucie, że trzymają mnie w całości jedynie metalowe uchwyty (z dnia na dzień coraz bardziej rdzewiejące). I pewnego dnia, w czasie serii ćwiczeń rozciągających, nie wytrzymają, pękną, a ja rozpołowiona wyzionę ducha.
I dlatego oznajmiam, zainteresowanym i niezainteresowanym. Nie będę ćwiczyć. Z krytyką tego postanowienia oczywiście się liczę. Przecież powszechnie wiadomo, że nie zrozumie syty głodnego, a nieprzecięty na pół – przeciętego”.
Minęły trzy lata. I właśnie postanowiłam wrócić na łono maty. Strach pokonany. Tęsknota za  jogą w miarę nasilona. Potrzeba poprawy tężyzny fizycznej – bezdyskusyjna. Wytrwałość w postanowieniach, moja wytrwałość, oczywiście  – umiarkowana. Jak to się skończy? Zobaczymy. Zainteresowanych chętnie poinformuję.