Adieu moje książki

We wszystkich moich domach zawsze było mnóstwo książek. I tak jest nadal. Nawet te najstarsze i najbardziej podniszczone towarzyszki mojego dzieciństwa zajmują kilka półek regału. Kiedy przeczytałam „Rzeczy których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy, zrozumiałam, że nie będę liczyć na decyzje potomnych, co z moich książek zostawić, a co oddać na makulaturę, tylko załatwię to osobiście. I nie tyle powyrzucam te wszystkie tomiska, chudsze i grubsze, na śmietnik (rzecz jasna w ramach selektywnego odbioru odpadów), co znajdę dla nich nowe domy. I tak powstał scenariusz do realizacji. Będę zdejmować z półek kolejne książki, czytać je po raz ostatni, oddawać im hołd w blogu i oddawać w ręce tych, których ucieszą. Przeczytają, odłożą na swoją półkę, albo puszczą w dalszy obieg. Zapraszam do lektury postów z serii ADIEU MOJE KSIĄŻKI.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzień Kobiet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzień Kobiet. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 marca 2018

O Dniu Kobiet. Klasyka gatunku



Moje Święta Kobiet? Najpierw fetował je Tato. To był ważny dzień w moim domu rodzinnym. Były kwiaty, były życzenia, były ciastka. Dla Mamy, Babci i dla mnie. Swoją drogą w tamtej epoce ciastka były najważniejsze. Potem pojawiły się bombonierki z czekoladkami, z obowiązkowym nadrukiem kwiatów na pudełku i perfumy, głownie radzieckie, a jakże.  

Kiedy wyjechałam z domu, na studia, Tato przysyłał mi z okazji Święta Kobiet kwieciste karty z życzeniami, a kiedy pewnego razu za późno sobie o tym dniu przypomniał, dostałam kwiecisty telegram. I tak już było do końca dni mojego Taty na tym padole.