Franck
Provost. Warszawa. Nowy Świat. Pustawo. Linia produkcyjna fryzur płynna. Po
godzinie mam na głowie względny ład. Strzyżenie plus czesanie załatwione. Dzisiejszy
poziom zadowolenie w skali od 1 do 10 – 6. Nie najlepiej i nie najgorzej. Przy
poprzednich wizytach różnie to
wyglądało: była nawet 10, ale i 5 się zdarzyła.
Do
Franka trafiłam trochę przypadkowo, a że lubię fryzjerów, do których można
wpaść ot tak, przy okazji, z ulicy, to zostałam jego stałą klientką.
Zdradziłam
tym samym pana M, który strzygł mnie, farbował i czesał przez kilka lat.
Naszą więź nadwyrężyło jego upodobanie do niezmienności proponowanego mi stylu.
Kwintesencją naszej współpracy była sytuacja, kiedy to prosto od M poszłam do
fotografa, a ten zasugerował, abym, zanim zrobi mi zdjęcie, jakoś się uczesała.
