Tęsknię za Kazimierzem Dolnym i ciepło wspominam ostatnią w nim wizytę. Za naprawdę małe pieniądze mieliśmy do dyspozycji przytulny pensjonat i pełne dwa dni chodzenia, oglądania i podziwiania. Nawet wdrapywanie się po oblodzonych schodach, by w towarzystwie trzech krzyży, po kostki w błocie, „ dziwować się”, jaki ten świat piękny – okazało się wspaniałym przeżyciem. A przecież kilkadziesiąt lat wcześniej i kilkadziesiąt kilogramów mniej, kiedy to w ramach szkolnej wycieczki zaliczałam wzgórze, uznałam to wdrapywanie się za katorgę, a widok z góry za byle jaki.
Swoją drogą, dlaczego
Kazimierz jest Dolny, a nie Górny? Moja zadyszka i poczucie, że mam ciągle pod
górkę – w ogóle do tej nazwy nie pasowały. Kupiłam jakieś przewodniki w nadziei, że doczytam.
