Tak
sobie wspominam pewną przedpołudniową wyprawę do kina. I płynącą z niej
refleksję: nic się nie zmienia.
Istotę
rzeczy najlepiej ujęła Anula, jedna z kluczowych postaci „Wojny domowej”*(mam
nadzieję, że jeszcze pamiętacie?). Anula stwierdziła pewnego razu, że: ”Ci
co wymyślili szkolne przedstawienia, powinni dostać po kilka lat więzienia”
(rym przypadkowy). We własnym imieniu dorzucam: „Ci, co wymyślili szkolne
seanse filmowe tudzież”. Choć wyrok nieco bym złagodziła. Zamieniłabym np.
na dożywotni nakaz oglądania filmów wyłącznie w ramach takich seansów.
„Teoria
wszystkiego” - brytyjski melodramat biograficzny w reżyserii Jamesa Marsha.
Okazja do poznania losów Hawkinga, o którym, i o którego „Krótkiej
historii czasu”, każdy młody człowiek kończący gimnazjum, a także
ten kontynuujący edukację w liceum, wiedzieć co nieco powinien.
Przynajmniej zdaniem „czynników oświatowych”, jak to się ongiś mawiało. Ten film to okazja, by, w ramach ukulturalniania młodzieży i
poszerzania jej horyzontów intelektualnych, zrealizować zbiorowe „wyjście do
kina”, na ową „Teorię wszystkiego”.
I
tak stałam się mimowolną ofiarą wykorzystania tej okazji, czyli oglądałam film
w towarzystwie szkolnych grup zorganizowanych. Na wstępie informuję: film jak
film, nie najgorszy, oskarowa rola Hawkinga na Oskara zasługuje. Oczywiście
moim zdaniem.
