niedziela, 11 lutego 2018

PRZEDWOJENNE PLOMYCZKI


W ostatnich latach, w ramach „nicnierobienia” przeglądałam wygrzebane z dna szafy Płomyczki. Zajęcie wciągające i  pouczające.  W każdym razie dla mnie.  I jak przystało na ekstrawertyka, nie zachowam swoich refleksji dla siebie, tylko je upublicznię. Kto chce niech czyta, kto nie chce niech nie czyta. 

PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 3 grudnia 1934 r.

Na okładce Mikołaj. A w środku wierszyk o kłopotach Mikołaja napisany przez Alinę Kwiecińską: „Ile gwiazd złotych na niebie świeci, tyle dziś marzeń w serduszkach dzieci, Świety Mikołaj Ne odpoczywa, pracuje szczerze i głową kiwa. Dla Andrzejka będzie kolejka, dla Władka – kołatka, dla Tereski – dwa pieski, dla Lodki – trzy kotki, dla Hanki - baranki…. Tak bez końca… Panno Święta! Kto to wszystko zapamięta…”. To oczywiście tylko fragment wierszyka. Resztę przeczytajcie sami. Pojedynczy numer Płomyczka wraz z „Małym Płomyczkiem” kosztuje co prawda 25 gr. , ale w prenumeracie wyjdzie taniej.
A „W leśniczówce” Staś i Hania wysłuchały w radio, jak to „dzieci w Niemczech zawieszają przy kominku swoje pończoszki, a rano znajdują w nich dary mikołajowe”.  No i zrobili to samo, czyli powiesili swje pończoszki. Tyle, że Staś przekombinował. Własna pończoszka wydala się mu za mała, więc nocą zamienił ją na wielką pończochę tatusia. No, a rano z pończoszki Hani wyglądała lalka z zamykanymi oczkami, a w pończosze pożyczonej przez Stasia od tatusia leżała brzytwa do golenia. „Hania w śmiech: - Nie opłaciło się oszukiwać świętego Mikołaja! Szukaj dobrze, może tam jeszcze jest i maść, od której urosną ci wąsy”.
Ewa Szelburg-Zarembina uczy małych czytelników altruizmu. Wólka, wieś biedna, i prawie nikogo nie stać na choinkę. Więc dzieci uradziły by zrobić jedną wspólną choinkę na świeta. A gdze ją postawić? Losy ciągnąć? Nie, to byłby traf, a nie sprawiedliwość – stwierdził Janek. A Zosia zaproponowała, by choinkę postawić w izbie u Popiołków. Dzieci nie były zachwycone: „To najgorsza chałupa we wsi! To lepianka!”. Ale Zośka postawiła na swoim. Wytłumaczyła, że małe Popiołki są najbiedniejsze, nie mają nawet kapoty i butów, by do choinki przyjść, więc choinka powinna przyjść do nich.  I tak zrobili. Tylko Pawełek się wyłamał. A że jego ojca. Bogatego młynarza stać było i na zakup świerczka, i na śliczne ozdoby, piękne było Pawełka drzewko. I na tym niestety koniec. Ciąg dalszy w kolejnym Płomyczku. Zobaczymy jak to będzie z Pawełkiem, z Popiołkami… ale dopiero za tydzień.
To może na pociechę trochę poezji. Najpierw fragment wiersza  „Zima idzie” Ireny Paczoski:  
Otuli ziemię w biały puch,
Tak biały jak łabędzie,
Dobry dla ziemie opiekuńczy duch,
Bo zimno, zimno będzie.
W kożuchu śnieżnym ciepło jej,
Nic złego jej nie będzie!
Już nie ma liści – drzewom teraz lżej.
Baśń zimy wróżka przędzie.

A teraz coś z M. A. Kacprzyckiej:
Już niedługo przyjdą święta, wiesz, synku?
Już niedługo ucieszysz się choinką.
Trzeba teraz, mój ty mały pieszczochu,
Przygotować nam zabawki po trochu.
Z tych papierów, z tych przeróżnych bibułek,
narobimy gwiazdek, lalek i kółek.
Pozłocimy potem szyszki, orzechy,
Aby więcej było w święta uciechy”
O tym samym pisze Alina Kwiecińska:
Dziatwa bardzo dziś zajęta,
Bo niedługo będą św….
A ozdoby choinkowe
Jeszcze wcale nie g…..
Dalej prędko do roboty!
Słomka, wata, papier z….
Klej, skorupki, włóczka, orzech,
Wszystko nam się przydać m…
W te kropki trzeba wstawić brakujące słowa. Spróbujcie. Mnie się udało.
No i żeby nie było za łatwo - zagadka: „Weź od misia (baczność ma pazurki) dwie głoski, tyleż dadzą komórki, trzy - na przełaj. Ten wyraz złożony, to będzie Święty nasz ulubiony”.
Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do grudnia 1934 roku, informuję, że Płomyczek „bardzo by się ucieszył, gdyby dostał od Was życzenia wesołych świąt”. Najlepiej przesłane na własnoręcznie zrobionych kartkach. Przepis na kartkę rzecz jasna znajdziecie w Płomyczku.  


PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 10 grudnia 1934 r.

Irena Włodarska–Paczoska pisze o „Przymrozku”, który: „Bielutkim szronem ozdobił płoty, Wszystko co ujrzał dokoła! Patrzą na siebie dachy, parkany, Kto je tak ubrał bielutko. Przymrozek, psotnik, skrył się już w kącie i siedzi jak mysz cichutko”. Niestety, przychodzi słonko i przepędza psotnika. Nie wszystkich to cieszy, bo świat wyczarowany przez niego pięknym się zdaje: „Szkoda! – na ziemi był tak króciutko, Ustroił szronem tak mało!”

To tyle w kwestiach artystycznych. Teraz będzie praktycznie. Będzie mini inscenizacja. „Chór dzieci: A nasz domek w gaju stał, bardzo lichy daszek miał. Gdy deszcz pada chlapu-chlapu, to nam cieknie wciąż z pułapu. Dziewczynka: Co tu robić? Co tu robić? Chłopiec: Trzeba daszek gontem pobić!” Potem pojawiają się kolejne problemy, ale na wszystko jest rada: „Trzeba szybki okitować! Hej, ogacić dom wypada!”. A na koniec chór dzieci śpiewa: „Albośmy to jacy – tacy? A zabierzmy się do pracy! Hej, nie będzie w naszym domu, źle i zimno już nikomu”*.
Pamiętacie opowiadanie Ewy Szelburg-Zarembiny z poprzedniego tygodnia.  O tym, jak dzieci z biednej wsi Wólka zrobiły wspólną choinkę i postawiły ją w najbiedniejszym domku u Popiołków? I tylko syn bogatego młynarza, Pawełek, się wyłamał. I miał swoją, indywidualną, wspaniałą, pełną ozdób choinkę. Ale jak zasnął, zabawki i ozdoby choinkowe, przejawiające bardziej prospołeczne niż Pawełek poglądy, wzięły się i zbuntowały. I uciekły do Popiołków. Pawełek okazał się chłopcem refleksyjnym, pomyślał i zrozumiał, że źle postąpił, że nie wolno myśleć tylko o sobie. I za zabawkami powędrował do Popiołków. I wszystko dobrze się skończyło. Dzieci z Wólki całą gromadą otoczyły wspólną choinkę.
I jeszcze trochę przedświątecznych zagadek:
Szczypie w nos, szczypie w uszy,/Rzeki skuwa lodem,/Trawy, zioła, kwiaty kruszy,/
Świat napełnia chłodem.
Jak ten cieśla się nazywa/Który u nas zimą bywa/I sam tylko, bez pomocy/Most zbuduje w ciągu nocy.
Z dalekiego kraju przyjechała pani/A za nią sunęło tysiące par sani/Posypała puchem lasy, pola, łąki/Ozdobiła drzewa w kryształowe pąki.

Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do grudnia 1934 roku, informuję, że pora wziąć się za robienie ozdób choinkowych. Jeszcze można kupić całkiem tanio kolorowy papier, a w Płomyczku jest instrukcja, jak można zrobić szybko i tanio wspaniałe łańcuchy na choinkę. Bardziej ambitni znajdą wskazówki, jak wykonać kolorowe witrażyki.
 *Autorką tekstu jest Anna Świrszczyńska




Płomyczek. Tygodnik dla młodszych dzieci. 17 grudnia 1934 r.


Paśliśmy owiecki pod borem/Przyleciał wilczysko z ozorem/Owiecki nam pokąsał/Kudłami się natrząsał/Kudłami, kudłami nad nami”. Taki to jest początek pastorałki na początku przedświątecznego Płomyczka zamieszczonej. A potem możemy przeczytać wiersz St. Kossuthówny: „W ubogim kościółku szopka ustawiona, nad żłobkiem Najświętsza Panna pochylona. Jest sędziwy Józef, anioły z skrzydłami… Na progu stajenki doniczki z kwiatami”. Tak się wiersz zaczyna, a kończy kolędowo: „Lulajże, Jezuniu, Dzieciąteczko Boże, wśród darów pasterzy serce moje złożę!
W opowiadaniu Almy Stodolskiej mamy miłą fabułkę o miasteczku położonym tak daleko od jakiegokolwiek lasu, że mali mieszkańcy tego miasteczka o choince na święta tylko słyszały. I marzyły o niej, bo „Cóż to za święta bez choinki – prawda?” „W miasteczku mieszkał pewien dobry, stary doktór. Wiedział on dobrze, czem się dzieci martwią. Ten stary doktór był wielkim przyjacielem dzieci. Coś poszeptał z burmistrzem miasteczka i na jesieni sprowadzono do miasteczka piękny, duży świerk srebrzysty”. Świerk posadzono, oczywiście pośrodku Rynku, ogrodzono niskim płotkiem, by go w dnie targowe nikt nie uszkodził. Dzieci przygotowały ozdoby, ubrały nimi w Wigilię świerk, zapalono różnokolorowe świeczki i „Mój Boże, co to był za piękny widok”.
Jak Wam za mało świątecznych historyjek, to macie jeszcze jedną. Napisała ją Stefanja Ottowa. Są dzieci bogate: Jurek, Lunia i Wisia. Są też dzieci biedne, czyli Stasia i jej rodzeństwo. Bogate mają choinkę obwieszoną ozdobami. Mają też szopkę. Zrobioną przez Jurka. Najśliczniejszą, najwspanialszą. No i dzieci bogate bardzo są szczęśliwe, ale coś im przeszkadza w świętowaniu. Lubią Stasię i wiedzą, że ona świąt może w ogóle nie mieć. Więc wymyśliły, że zaproszą Stasię z rodzeństwem na święta. I że coś im podarują. I tu… uwaga…! Zdobywają się na czyn prawie heroiczny, bo postanawiają podarować biednym dzieciom to, co mają najlepszego, czyli szopkę.
A teraz kolej na choinkową awanturę. Będzie „O tem, jak niedźwiadek na choince łasował”, czyli miły wierszyk Henryka Ładosza. Niedźwiadek to pluszowa zabawka - prezent przeznaczony dla Basi. Misio, zostawiony pod choinką, najpierw spał, a jak się obudził, to zaczął się awanturować, gramolić na choinkę, bujać na łańcuchach, sięgać po pierniczki. Kto ciekawy, jak się to wszystko skończyło – niech sobie przeczyta.
A potem niech zgaduje:
„Jest sroga pani na świecie,
Znasz ją dobrze miłe dziecię.
Ma trzech synów:
Pierwszy-ostry, w uszy szczypie,
Drugi – miękki, w białe płatki,
Chociaż dobry – w oczy sypie,
Trzeci – twardy, jak szkło gładki.
Nazwij synów, nazwij matkę,
A rozwiążesz tę zagadkę”.

Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do grudnia 1934 roku, informuję, że warto wybrać się na książkowe zakupy. Jest dużo nowości dla najmłodszych. Ilustrowane, pięknie wydane, „O Janku Wędrowniczku” Konopnickiej można nabyć już za 90 groszy. Polecam też śpiewnik „Paziowie Pani Wiosny” i opowieść „O Kwaczorku, który przez Gdańsk do Gdyni popłynął”. Najlepiej, bo najtaniej, kupować w „Naszej Księgarni”, w Warszawie, Świętokrzyska 18. Jeśli wolicie skorzystać z drogi pocztowej, to podaję konto: P.K.O. nr. 2058. Za przesyłkę dolicza się 20 groszy. Można też przesłać pieniądze do „Płomyczka” i wówczas to on prześle Wam zamówione książki.





PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 14 stycznia 1935 r.

W nocy, po cichutku/kiedy dzieci spały / zapukał do okien / pan malarz, mróz biały.
Na szybach pędzlami / smoka namalował / zaśmiał się z radości / i na strych się schował.
Lecz potem pomyślał / że nazajutrz rano / dzieci się przestraszą / będą wołać: ”Mamo!”.
Więc zmazał czem prędzej / okrutnego smoka / namalował gwiazdy / i księżyc w obłokach”*.
W Płomyczku zagościła zima na całego. W jednym z opowiadań dzieci budują tor saneczkowy, w innym piszą na śniegu imiona, a w jeszcze innym jest o tym, jak świerszcze grają za kominem. „Chata w białej kożuszynie przycupnięta za przełazem z wielką stertą drzemie razem. Drzemie wójt. Drzemie wójtowa. Drzemie kura przy indykach. Drzemie Biała i Krasula. (…) Burek chrapie, przez sen wzdycha”. A świerszcze wszystkich pobudziły. Zrobiło się wszystkim wesoło. I sąsiadów zaprosili. I zagrali razem ze świerszczami: „Jak się wszyscy zasłuchali, zapomnieli, że śnieg walił, że wiatr gadal mroźne strachy, szarpał chochły, dudnił w dachy i śniegową trząsł pierzynę: -Świr – świr – świr – świr – za kominem”.
A na koniec zaproszenie na wesele. Napisane przez Hannę Ożogowską.Oto fragment.
„ Przyleciała pani Zima / na wesele Stycznia. / Przyleciała wystrojona / i ubrana ślicznie.
Suknia na niej biała, lśniąca / patrzeć – oczy boli. / Szuba z białych gronostajów / korona z soboli.
Wszak to Styczeń dziś się żeni. / Będą tańczyć hu! Ha! / Wszak do ślubu dzisiaj idzie / panna Zawierucha”.
Prześliczne. W ogóle mnóstwo radości z zimy w tym numerze.
Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do stycznia 1935 roku, to zachęcam do skorzystania z instrukcji, jak zrobić z kartonu konika i królika. 

*Autorem wiersza jest K.Z. Skierski





PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 21 stycznia 1935 r.

W Nowym 1935 Roku trzeba zacząć od podsumowania sukcesów w roku minionym. I tak właśnie robi Płomyczek, zamieszczając na pierwszych stronach następujący wierszyk:
„Jeszcze przed niewielu laty / w tej wioseczce mojej / nic nie było, jeno chaty / drogi  i wyboje.
Jeszcze przed niewielu laty / mówił mi mój dziaduś / ni wygody, ni oświaty / nie było ni śladu.
Chodziło się na piechotę / do miasta daleko / spoczywając gdzieś pod płotem / albo też nad rzeką.
Listy, paczki i kart wiele / zostawały w mieście / póki wójt ich w dwie niedziele / nie przyniósł nareszcie.
A teraz, o czym dowiadujemy się z kolejnych zwrotek, zbudowano szkołę, co dzień pociąg zatrzymuje się we wsi i zabiera ludzi do miasta, a potem odwozi  z powrotem, jest pocztowy urząd i nawet jest radio we wsi. Żyć, nie umierać. Tak przemiany we wsi polskiej sławi autorka wiersza Janina Gilowa.
O tym samym są też następne opowiadania. Miła historyjka, napisana przez Henryka Zasławskiego, o pociągach, które przejeżdżają przez wieś, a czuwa nad nimi na przejeździe pan Ignacy - dróżnik, tata Teodora. I o tym, jak to razu pewnego, autobus się zepsuł na samym przejeździe, a że ciężki był i nie udało się go zepchnąć z torów, pan Ignacy pociąg zatrzymał.  I opowiadanie Jadwigi Korczakowskiej o wiejskim listonoszu, panu Mańkowskim, który ma skórzaną pełną listów torbę. I każdemu, nawet na koniec wsi, jak trzeba list zaniesie.  
W ogóle ten numer Płomyczka jest taki bardziej „pocztowy”. Jest instrukcja, jak prawidłowo wysyłać paczki, i jak je adresować*. I jest reportaż z „Choinki”, która odbyła się przed samymi świętami w Polskim Radio dla „sierotek, których tatusiowie pracowali kiedyś na poczcie, w telegrafach i telefonach”.
Mnie podobała się bardzo pochwała spółdzielczości, przemycona w opowiadaniu” Co się działo w naszym sklepie”. „Sklep jest spółdzielnią. Sprowadza z miasta najlepsze towary po najniższej cenie. Wprost z fabryk. Zarabiają na nich sami kupujący, a nie właściciel sklepu. Sklep ten nie ma właściciela, bo jest własnością wioski". A co można tu kupić? Przede wszystkim, jeśli wierzyć opowiadaniu, to śledzie, śledzie są na pierwszym planie. A poza tym masę produktów: świece, zapałki, nici, guziki, cukierki i pierniki. Są też czekoladki, a w głębokich szufladach: cukier, mąka, ryż, sól i kasza. „Na gwoździkach wiszą torebki: małe i duże. Te na kilo, te na pół, a te trójkątne na ćwierć. Tylko nafta musi się trzymać od wszystkich z daleka, bo nieładnie pachnie”.
Janina Broniewska opowiada z kolei o zabawnym nieporozumieniu we wsi Koźminka. Dzięciołową łamało w kościach, więc poprosiła syna Wicusia, by skoczył po chrzestnego Paliwodę, który to najlepiej w okolicy stawiał bańki. Pobiegł Wicuś do wsi i zobaczył, że chrzestny gdzieś na saniach jedzie. Zawołał go więc na cały głos: Pali …woda! Pali …woda!. A we wsi to usłyszeli i myśleli, że pali się Dzięciołów chałupa, i że Wicuś Dzięcioł o wodę woła. I wszyscy pobiegli gasić ogień, i strażacy, i nie strażacy. A tam, u Dzięciołów, nie dymiło się nawet z komina. Potem się wszystko wyjaśniło i nikt się na nikogo nie gniewał. „Rozruszali się ludzie siedzący bezczynnie w chałupach” – konkluduje autorka.
Na wypadek, gdyby komuś udało się cofnąć do stycznia 1935 roku, to radzę pamiętać, aby do klasowych apteczek  koniecznie dokupić kwas borny albo nadmanganian potasu do płukania gardła, aby zapobiec jego chorobom.
 *autorka: Marzenna Saryusz-Stokowska

PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 4 lutego 1935 r.

Będzie o dużym mieście, o stolicy, o Warszawie. Janek właśnie wysiadł wraz z tatą z pociągu i rozgląda się po warszawskim dworcu.   Tata kazał mu pilnować tobołków, a sam poszedł na dworcową pocztę, by zanim pojadą do warszawskiego wuja, wysłać ważny list. Obok poczty jest sklep z cukierkami i czekoladkami. „Jeszcze dalej migoce napis: WYMIANA PIENIĘDZY. Prócz tego, na tym sklepie są jeszcze jakieś objaśnienia w obcych językach. Pewnie się tu obce pieniądze wymienia na polskie. A może polskie na obce? Jaś nie jest tego pewny”. „W drugim końcu sali jest bufet. A obok niego sklep z kwiatami i pocztówkami”* W końcu tata wraca i wychodzą z dworca. Przyglądają się tłumom sunących tu i tam ludzi, tragarzom uginającym się pod walizkami, dorożkom i trąbiącym taksówkom, czerwonemu miejskiemu autobusowi. Jaś prosi, by pojechali do wuja taksówką. I tata, widać też przerażony miejską kotłowaniną, przywołuje szarą taksówkę. Szofer grzecznie otwiera drzwi, wsiadają i odjeżdżają
 A teraz pora na niedzielny spacer. Stefek i Marylka oraz ich tata, pan Apolinary, „pierwszy majster szewski na Powiśle”, ubierają się ciepło i wychodzą. Najpierw Dobrą, potem po schodach na most Poniatowskiego. „Wisła wygląda niby strasznie szeroka, pusta ulica. Lód pokrył wodę. Widać most kolejowy, dalej Kierbedzia i Zamek Królewski, i całą wielką piękną Warszawę, skąpaną w blaskach zachodzącego słońca”.  Z mostu na Pragę i do parku Paderewskiego. A potem tramwajem wracają do domu, gdzie: ”(…) Mamusia już od dawna czeka z kolacją”**.
 Kolejne opowiadanie*** też jest o miejskich wspaniałościach. Marysia wraz z mama odwiedzają w Warszawie ciocię Marię, która ma Salon Mód przy Wilczej. Marysia jest w stolicy pierwszy raz w życiu i nadziwić się nie może. Tłumy ludzi, wystawy, policjant regulujący dzwonkiem ruch na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, wielkie kamienice, brukowane podwórko i co najdziwniejsze: woda i ogień lecące ze ściany. Po prostu Marysia nigdy przedtem nie widziała kanalizacji, ani doprowadzonego do mieszkań gazu. „Dziwna rzecz takie wielkie miasto. Ludzie mieszkają sobie jakby na głowach, mają wodę i ogień w ścianach – myślała zasypiając Marysia”.
 I co jeszcze znaleźć można w Płomyczku? Można poczytać o urokach lepienia bałwana na Starym Mieście i zjeżdżania na sankach na Fabrycznej; a także o hulajnodze Stasia, na której da się jeździć nawet zimą. A przy tej okazji można poznać stołeczną stratyfikację: „Pan dyrektor z dużej kamienicy naprzeciwko ma auto. Czarne, błyszczące. Aptekarz z tej samej ulicy ma motocykla. Z czerwoną przyczepką. Pan Ignacy, fryzjer, ma rower. Nowy, niebiesko malowany. A Staś z oficyny ma hulaj-nogę. Drewnianą, żółtą, z prawdziwym dzwonkiem”.**** No i jeszcze, na zakończenie, o tym, że napis nie zawsze pomaga:
-Dlaczego tam, przy moście, stoi tyle ludzi?
- Bo widzisz, oni czytają napis: Uprasza się nie przystawać i nie tamować ruchu na moście.
 Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do lutego 1935 roku, informuję, że właśnie ukazała się książeczka z wierszami Wandy Wasilewskiej „Zaczarowany światek”. Najciekawiej zapowiada się wierszyk o krasnoludku, co mieszkał w róży i było mu z tego powodu bardzo przyjemnie, tyle że ciągle musiał kichać od wspaniałego różanego zapachu.

*autor: S. Górski.
** autor: St. Woźnicki
*** autorka: Janina Broniewska
****H. Huszczyńska






PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 11 lutego 1935 r.

O rety, już prawie o tym zapomniałam. Kiedyś, dawno, oj dawno temu chodziło się do szkoły nie tylko w poniedziałki, wtorki, środy, czwartki i piątki, ale również w soboty. „Najniespokojniej to jest zawsze w trzeciej klasie w sobotę. Już na ostatniej lekcji każde zerka na oszkloną szafę w ścianie.Stoją tam w równych rzędach książki. Każda ma szara okładkę i biały kwadracik z wypisanym numerkiem. To biblioteka klasy”. Na początku roku szkolnego dzieci naznosiły książek. Rozstały się z nimi tylko na rok, by można je między sobą wymieniać. Jest specjalny zeszyt, a w nim bibliotekarka przy każdym nazwisku zapisuje numerek książki pożyczanej, a skreśla oddawanej. W sobotę otwierany jest też sklepik szkolny. A w nim: „Wszystko jest i lepsze i tańsze niż w mieście”. „Pani kupcowa! Byle prędko! Trzy bibuły i dwie stalówki” - woła Wicek w gorącej wodzie kąpany. Za zyski ze sklepiku są kupowane książki, które już na zawsze stają się własnością szkoły i znacznie wzbogacają szafę biblioteczną. Na wakacje nie wracają do niczyjego domu. Pilnuje ich woźny, a nawet przesypuje naftaliną, by je mole nie pogryzły.
Tak to szkolną społeczność opisała J. Broniewska; a Teresa Kostrzewska przedstawiła nam małego Michasia, biednego, ale sympatycznego chłopczyka, który zdobył serce swojej nauczycielki, do tego stopnia, że chciała go adoptować. Ale Michaś wolał biedę, suchy chleb i drewniane chodaki, zamiast obfitości wszelakich, byle tylko zostać ze swymi, ze swoją mamą i tatą. Odpowiadał: „Nie kcem” na wszystkie oferty nauczycielki.
Jurka, z opowiadania Janiny Kostro, koledzy przezywali babą. Bo, wyobraźcie sobie, sam sobie przyszywał guziki. I tak było dopóki w zabawie nie poszarpali sobie ubrań i nie ponadrywali guzików. Jurek wydobył ich z opałów i wszystko ponaprawiał. A oni przestali go przezywać.
Pora na wierszyk. O atramencie, który się nudził w kałamarzu, więc jak tylko trafił na pióro Jasia, to:
„Jak się wiercić, kręcić zaczął. Ze stalówki kleksem kapnął.
Czarnym kleksem, wielka plamą, na stroniczkę zapisaną.
O, jak świetnie. To rozumiem. Teraz dalej powędruję.
Ale Jaś bibułę schwycił. Kleks w bibule skończył życie”.

I zagadka: „Pewien bogaty gospodarz zapisał w testamencie stado swoje synowi, bratankowi i pastuchowi, przytem syn miał otrzymać połowę stada, bratanej 1/3; pastuch 1/9. Podziału miał dokonać wójt. Po śmierci gospodarza okazało się, że stado liczy 17 sztuk. Jak to podzielić? Wójt nie namyślał się długo. Przyprowadził z własnej obory jedną krowę. Teraz stado liczyło 18 sztuk. Synowi zmarłego oddał 9 sztuk bydła, czyli połowę stada, bratankowi 6 sztuk, czyli 1/3; a dla pastucha wypadły 2 krowy, czyli 1/9 stada. Razem: 9 + 6 + 2 = 17. Swoją pożyczoną do podziału krowę wziął wójt z powrotem i wszyscy byli zadowoleni. Jak to się stało?”.
Na odpowiedź czekam do końca lutego.
Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do lutego 1935 roku, informuję, że gmina Kurów, pow. Nowy Sącz, zupełnie jest zniszczona przez powódź. Dzieci nie mają podręczników i chętnie przyjmą używane książki. 

PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA DZIECI MŁODSZYCH. 18 lutego 1935 r.

Nic mi się nie chce. Z tym większą przyjemnością czytam zatem o tych, którzy od rana intensywnie pracują. Jak ci z wielce pouczającego opowiadania K. Z. Skierskiego. Adaś i Stach wyszli do szkoły wyjątkowo wcześnie, wcześniej niż zwykle, bo chcieli zobaczyć, co się dzieje na ulicach miasta o siódmej rano. No i zobaczyli. Na początek napotkali murarzy, od świtu pracujących na budowie. Obejrzeli piaskarzy, którzy stali na lodzie, na środku Wisły, i „Wielkimi drągami, do których były przymocowane wiaderka, wyciągali z przerębli z dna rzeki żwir”. Spotkali spieszących do fabryki robotników, którzy: „nieśli w kieszeniach marynarek flaszki kawy i kawały chleba zawinięte w papier”. Zatrzymali się na chwilę przy wielkim, naładowanym śniegiem samochodzie i patrzyli jak: ”Robotnicy otworzyli kanał i przy pomocy mechanizmu zaczęli zsypywać śnieg do kanału”. Podejrzeli, przez małe okienko, jak pracuje pogwizdujący wesoło szewc. A jeszcze potem włączyli się w tłum spieszących do pracy urzędników, nauczycieli i innych pracowników umysłowych. Widzieli, jak: „Na rogu ulicy gruby sklepikarz otwierał sklep z pieczywem”. Tuż obok krawiec rozkładał swój kram z ubraniami, a kilka kroków dalej elektryk wspinał się na słup, by usunąć jakąś awarię. „Wszędzie, gdzie tylko chłopcy spojrzeli, podnosiły się rolety, otwierano okiennice, ludzie mijali się szybko na chodnikach - wszystko spieszyło się do roboty”. Do roboty, do roboty.
Jadą ludzie tramwajem
cicho, zgodnie, bez sporu,
do swej pracy i zajęć,
do biur, fabryk, kantorów”*.
Jako, że ten numer Płomyczka jest poświęcony etosowi pracy, to:
J. Broniewska wciela się w małego kotka, który zawędrował do drukarni i przedstawia nam to miejsce z kociej perspektywy;
A. Madej rymuje o pracy koszykarza: „Plotę koszyki, plotę kobiałki, z wikliny wiotkiej, z wikliny gładkiej. Każdemu sprzedam, kto tylko pragnie z wierzbowych pręci pudełka ładne. Plotę, przeplatam, oplatam, wplatam wiklinę wiotką, wiklinę gładką. Stoliki, łóżka, szafy, fotele kosztują u mnie bardzo niewiele”, E. Szymański pisze z kolei o tym, jak wygląda praca hutnika. Jurek, którego ojciec jest hutnikiem, o wszystko go dokładnie wypytuje, a tata cierpliwie odpowiada, mimo że rzecz się dzieje w czasie obiadu, a zupa stygnie "szybciej niż żelazo".  Jest też rymowanka Jadwigi Korczakowskiej o tym, jak swoimi tatusiami przechwalają się dwaj chłopcy, Tomek i Franek. "Nasza kuźnia jest przy drodze, blisko, a w kuźni, przy palenisku, cały dzień mój ojciec pracuje. Wielkim młotem żelazo kuje!" - to kwestia Tomka. Kwestia Franka jest następująca: "A mój tatuś jest stolarzem wziętym. W swoim warsztacie niedużym wyrabia rozmaite sprzęty, które będą ludziom służyć". 
A na koniec zagadka: Co to za człowiek, który choć najczarniejszy, pracuje blisko nieba? I dowcip: Kamaszek powiada, że bardzo lubi pracę. A na to Adamaszek zdziwiony pyta:
 „ - Lubisz pracować? Pierwszy raz o tem słyszę.
- Ogromnie lubię prac. Godzinami mógłbym patrzeć, jak ludzie pracują - odpowiada Kamaszek".
Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do lutego 1935 roku, informuję, że Zofja Bańcerówna ucz. kl. IV szk. powszechnej w Ćmielowie chętnie nawiąże korespondencję z rówieśniczką.
*Utwór nieznanego autora



PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 25 lutego 1935 r.

Ten numer też będzie o pracy. Tyle, że o pracy dzieci. „Wstaję rano, skoro tylko fabryka zagwiżdże, zrywam się z łóżka, myję i ubieram. Mama bierze ze sobą kawał chleba i butelkę herbaty albo kawy i idzie do przędzalni. Wróci z pracy dopiero po drugiej godzinie. A kiedy mamy nie ma, to cały dom na mojej głowie” - tak zaczyna opowieść o dziecięcych obowiązkach autor/autorka podpisany/-a inicjałami St. G. Jakie to obowiązki? Trzeba obudzić młodsze rodzeństwo, umyć, pomóc się im ubrać. Dopilnować śniadania. Pozmywać po śniadaniu. Posprzątać izbę itd.
Dobrym uzupełnieniem tego tekstu jest wierszyk o małej „Gosposi”. Czytamy: Biorę, biorę, miotłę z kąta, będę, będę izbę sprzątać. Sypię, sypię mąkę w dzieżę, będę piekła chleby świeże. Potem pójdę na podwórko - dam ziemniaków głodnym kurkom”.
Taką gosposią wspaniałą okazuje się też bohaterka opowiadania M. Niklowiczowej, 12-letnia Michasia. Gdy umarli jej rodzice wzięła ją do siebie ciotka Franciszka. „Ciotka jest praczką i mieszka na Pradze. Ciotka ciężko pracuje, bo jest wdową i ma dwoje drobnych dzieci”. Michasia bardzo cioci współczuła, bo widziała, jak bardzo jest przepracowana. Pomagała jej w codziennych obowiązkach, jak mogła, ale cały czas główkowała, jakby tu cioci pomóc w jej najcięższym zajęciu, czyli w praniu. I w końcu wymyśliła. Inaczej poustawiała sprzęty i usprawniła w ten sposób robotę. I w praniu też pomogła. Z kolei Wacek, z opowiadania Henryka Zasławskiego, pomaga tacie, stróżowi. I schody sprzątnie, i śnieg potrafi odgarnąć.  Równie pracowita jest Marysia, bohaterka opowiadania Anny Grodeckiej, zajmuje się kurkami i jest w tym prawdziwą wyręką dla swojej mamy.  
Dzieci mają liczne obowiązki domowe,  często pomagają też w pracach dorosłych. Są jednak i takie dzieci, które muszą na co dzień pracować zarobkowo. Przypomina  o nich Jadwiga Noiszewska i proponuje czytelnikom inscenizację na temat pracy takich dzieci. Tytuł mówi wszystko: Klarka - Staraganiarka, Ziutek - Pucybutek i Kazimierek, co sprzedaje Kurierek.   
Na ostatnich stronach Płomyczka jak zwykle dowcipy i zagadki. Wybrałam, co następuje: „Ojciec: Idź synku, zobacz, czy barometr spadł. Kazio wychodzi i wróciwszy za chwilę - mówi: - Nie tatusiu, jeszcze wisi”.
Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do lutego 1935 roku, zachęcam do prenumeraty Szkolnej Gazetki Ściennej. Koszt roczny to tylko 5 złotych. Warto, bo płacąc za pojedyncze numery - tracimy prawie złotówkę (tak mi przynajmniej wynika z wyliczeń). 


PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 4 marca 1935 r.

To już niestety ostatni Płomyczek w moim zbiorze. Będę za chwilę musiała pożegnać rok 1935, autorów płomyczkowych tamtej epoki i tamtą prostotę przekazu. Mam nadzieję, że udało się mi uchwycić, w ramach prezentowanych treści, ówczesną prawdę o życiu dziecka uwikłanego w międzywojenną i krótkospokojną, jak czas pokaże, rzeczywistość polską. Jest w Płomyczkach oswojony obraz niesprawiedliwej dystrybucji bogactwa i nędzy, i próba  ukazania, że, mimo trudności i biedy, można być szczęśliwym. Można się starać być szczęśliwym. W języku współczesnej psychologii można by to zdiagnozować następująco: Płomyczek podsuwa swoim czytelnikom rozliczne strategie radzenia sobie ze stresem skoncentrowane na zadaniu. Kiedy myślę o małych czytelnikach tych Płomyczków, kiedy czytam ich listy do redakcji, widzę ich losy w czasie II wojny światowej, widzę ich kilkuletnich w broniącej się we wrześniu 1939 ojczyźnie, widzę ich, nastoletnich, ginących w Powstaniu Warszawskim. Ale na razie, mam nadzieję, są po prostu szczęśliwymi dziećmi.
Ten numer jest poświęcony książkom i czytelnictwu. Główny tekst to opowieść o Kostku*, który właśnie wypożyczył „Wesołe historie” Ewy Szelburg. Pani z biblioteki poradziła mu, aby te utwory, bądź ich fragmenty, które mu się bardzo podobają, przepisywał do specjalnego zeszytu, a wtedy ich nie zapomni. By w ten sam sposób zapisywał tytuły przeczytanych książek i ich autorów.
I tak też Kostek zrobił, a my dzięki temu zapoznajemy się z książką Lucyny Krzemienieckiej „Był sobie jeden dom”, Jana Grabowskiego „Reksio i Pucek” Ludwika Wiszniewskiego „Trepki - Krzepki”. Janiny Porazińskiej „Kopciuszek” . Jest też w zapiskach Kostka inny utwór Porazińskiej, a mianowicie „Ucieszna historyjka o Fipciu”. „Fipcio to jest taki brudas i łakomczuch. W szkole mu powiedzieli, żeby się umył. To on uciekł do lasu. No to tam go złapali krasnale. I musi się myć”. Przytoczę budujący fragmencik: ”Fipcio się do dzieła bierze:/Pucu , pucu mydli szczerze/Twarz i ręce, uszy, szyję…/Myje się nasz Fipcio, myje/A krasnalki tu, tam bieżą.Wiszniewski/Wodę ciągle znoszą świeżą./Znieśli chyba pół potoku (Fipcio nie mył się od roku)/Szuru… buru… słychać w lesie/Aż się echo wokół niesie./Czy to drwal piłuje dęby?/Nie, to Fipcio myje zęby".
Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do lutego 1935 roku, to zachęcam do zakupów w naszej Księgarni (Warszawa, Świętokrzyska 18). Są książeczki Reida „Jak Sing - chwat przewędrował świat” cena: 2 zł. 40 groszy), Selousa „Przymierze Tomcia ze zwierzętami” (cena: 2 złote). No i płomyczkowi autorzy: Porazińska, Grabowski, Szelburg - Zarembina (ceny od 1 do 3 złoty). Księgarnia Gebethnera w Warszawie wydała wierszyki A. Bogusławskiego „Mała Tereska” oraz „Wesołe wierszyki” K. Iłłakowiczówny.Każda z nich kosztuje 2 zł 50 groszy. No i prawdziwy hit „Przygody Koziołka - Matołka” Makuszyńskiego. Aż 4 tomy. Niestety drogo, bo jeden tom kosztuje aż 3 zł 50 groszy. I na koniec Księgarnia Arcta (Warszawa, Nowy Świat 35) proponuje „Poezje dla dzieci” Konopnickiej (cena w oprawie 4 złote) i trzy ciekawe książeczki napisane przez E. Chodaka „Dzieci na wsi”, „Jak to bywa w szkole”, „W zimie”. Obrazki ręcznie kolorowane, a mimo to nie tak drogo. Każda książeczka kosztuje 1 zł 50 gr.
*nie podano autora

2 komentarze:

  1. Podziwiam za pracowitość:-)
    Szkoda, że dziś dzieciaki nie cenią czasopism, jak to kiedyś bywało, chociaż redakcje dwoją się i troją by uatrakcyjnić każdy numer.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję. Będzie jeszcze dużo o Płomykach przedwojennych.

    OdpowiedzUsuń

Warto przeczytać!

POŻEGNANIE ONETU