piątek, 16 lutego 2018

Głos w ważnej sprawie, czyli o smyczy stosowaniu


Napisałam o tym na moim drugim blogu, ale nie spotkałam się z żadnym odzewem, więc nie wiem, co moi blogowi goście i przyjaciele myślą o tej, jakże ważnej sprawie, a bardzo chciałabym wiedzieć. Stąd zdecydowałam się na przedruk mojego wpisu. 

Sensacyjna, dla mnie, uchwala warszawskich radnych. W sprawie piesków. Podzielonych na te dobre i na te złe. Potencjalnie, bo w praktyce dobre mogą się złymi okazać i odwrotnie. Od nowego roku, czyli za rok, jeśli dobrze zrozumiałam, zniesiony będzie obowiązek wyprowadzania psów na smyczy. Tych dobrych. Te złe, czyli znajdujące się na liście agresywnych, mają chadzać na smyczy i w kagańcu. Te dobre, z kolei, muszą być pod kontrolą i być oznakowane, np. czipem.  
Problem z tym, co to znaczy mieć psa pod kontrolą? O jaki stopień tej kontroli chodzi? Kontrolować coś lub kogoś to mieć nad tym czymś lub kimś nadzór, pilnować, dozorować, mieć na to coś lub na tego kogoś baczne oko, być u steru, dominować, dowodzić, podporządkowywać sobie, utrzymać  w ryzach. Siebie samego trudno kontrolować, a co dopiero swego psa.
Wiceprezydent Warszawy, Michał Olszewski, twierdzi, że właściciele psów są coraz bardziej świadomi, a psy zachowują się w przestrzeni miejskiej coraz bezpieczniej. Ja takiej pewności nie mam. Co to znaczy bardziej świadomi? Co to znaczy, że psy zachowują się coraz bezpieczniej? A poza tym, kto sprawdzi i w jaki sposób, czy właściciel jest w stanie przywołać swego psa do porządku? To ma być ponoć warunek spuszczenia psa ze smyczy.  Z eksperymentów, jakie funduje nam życie, nie da się wyprowadzić na ten temat zbyt optymistycznych wniosków.
Radni warszawscy okazali się podzieleni. Za wyprowadzaniem psów zagłosowało 31, nikt nie był przeciw, ale 23 wstrzymało się od głosu.
Ja byłabym przeciw. Uważam, że trzeba określić miejsca, tereny, na których co wolno człowiekowi, wolno i psu. Bez smyczy i bez kagańca niech sobie harcują. Niech ustalają swoją psią hierarchię. Poza tymi terenami, smycz, póki co, wydaje mi się niezbędna.Dla dobra piesków i ludzi.

czwartek, 15 lutego 2018

O wyższości Dnia Kobiet nad Walentynkami


Nieco rachityczna, ale ciągle fertyczna staruszka, już we wczesnych godzinach rannych przypomniała sobie, że właśnie są Walentynki. Trochę się jej to święto pomyliło z Mikołajkami, bo z nadzieją w sercu zajrzała pod poduszkę, ale że nic nie znalazła, nieco oprzytomniała.
 W radio od rana o miłości i o dziwo, tak jakby wiedzieli, że słucha ich osoba w wieku podeszłym, o recepcie na długie szczęśliwe życie, w miłości wzajemnej i niezmiennej. Bzdury do n-tej potęgi – pomyślała Staruszka pojadając płatki na mleku i rozważając, jakie by tu ziółka na poranny rozruch zaparzyć. Przy okazji Staruszka sprawdziła, co na śniadanko zaserwował sobie jej Małżonek. Jajecznica, jak zwykle. Żadnej odświętności. Żadnej refleksji nad zdrowym odżywianiem. Rachityczna, lecz fertyczna Staruszka zauważyła ponadto, wdychając całkiem ponętny zapach jajecznicy na boczku, dużo ważniejszą rzecz, a mianowicie, że Małżonek nie zaserwował jej żadnego śniadania do łóżka, żadnego upominku pod talerzykiem, żadnego złotego wisiorka w płatkach kukurydzianych, żadnego krwistego serca na szybie, żadnego kwiecia w wazonie, czyli reasumując: nie było, jak okiem sięgnąć, żadnego walentynkowego prezentu dla ukochanej żony, co to z nią w miłości wzajemnej i niezmiennej szanowny małżonek spędził szmat życia.

środa, 14 lutego 2018

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi, czyli triumf pani Małgorzaty Linde


Przyjęcie karnawałowe ważna rzecz. Okazja do spotkania dawno nie widzianych przyjaciół, znajomych. Lepiej oczywiście, gdy organizatorem przyjęcia są owi przyjaciele i znajomi. Czasami jednak się nie udaje i to ty zostajesz gospodarzem vs gospodynią. Trzeba posprzątać, co nieco ugotować, co nieco upiec, pomyśleć o atrakcjach. I o alkoholach, rzecz jasna. Już w trakcie tych przygotowań rodzi się obawa, że przyjęcie okaże się totalną porażką, potrawy się nie udadzą, goście się wynudzą, a ty będziesz się miotać między tymi nieudanymi potrawami i znudzonymi gośćmi, aż w końcu też poczujesz się nieudany (-a) i na dodatek znudzony (-a).
I zawsze w takich chwilach wspominam pewne spotkanie towarzyskie w okolicach Bożego Narodzenia. Na zasadzie gorzej być nie może. Niby wszystko było jak zwykle, tyle że wśród przybyłych znalazła się pani Z, czyli współczesna wersja pani Małgorzaty Linde (tej z Ani z Zielonego Wzgórza). Każdy, kto zna twórczość Lucy Montgomery wie, że pani Małgorzata prawdy się nie bała, było zwolenniczką zasady: co w głowie, to na języku, a zatem zawsze mówiła to, co myślała, nie bacząc na siane spustoszenie. Trzeba przy tym przyznać, że pani Linde była osobą otwartą, spostrzegawczą (moja mama mówiła o takich osobach, że mają argusowe oczka, wszystko, co chcesz ukryć, wypatrzą), wrażliwą (ale bez przesady).

niedziela, 11 lutego 2018

PRZEDWOJENNE PLOMYCZKI


W ostatnich latach, w ramach „nicnierobienia” przeglądałam wygrzebane z dna szafy Płomyczki. Zajęcie wciągające i  pouczające.  W każdym razie dla mnie.  I jak przystało na ekstrawertyka, nie zachowam swoich refleksji dla siebie, tylko je upublicznię. Kto chce niech czyta, kto nie chce niech nie czyta. 

PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 3 grudnia 1934 r.

Na okładce Mikołaj. A w środku wierszyk o kłopotach Mikołaja napisany przez Alinę Kwiecińską: „Ile gwiazd złotych na niebie świeci, tyle dziś marzeń w serduszkach dzieci, Świety Mikołaj Ne odpoczywa, pracuje szczerze i głową kiwa. Dla Andrzejka będzie kolejka, dla Władka – kołatka, dla Tereski – dwa pieski, dla Lodki – trzy kotki, dla Hanki - baranki…. Tak bez końca… Panno Święta! Kto to wszystko zapamięta…”. To oczywiście tylko fragment wierszyka. Resztę przeczytajcie sami. Pojedynczy numer Płomyczka wraz z „Małym Płomyczkiem” kosztuje co prawda 25 gr. , ale w prenumeracie wyjdzie taniej.
A „W leśniczówce” Staś i Hania wysłuchały w radio, jak to „dzieci w Niemczech zawieszają przy kominku swoje pończoszki, a rano znajdują w nich dary mikołajowe”.  No i zrobili to samo, czyli powiesili swje pończoszki. Tyle, że Staś przekombinował. Własna pończoszka wydala się mu za mała, więc nocą zamienił ją na wielką pończochę tatusia. No, a rano z pończoszki Hani wyglądała lalka z zamykanymi oczkami, a w pończosze pożyczonej przez Stasia od tatusia leżała brzytwa do golenia. „Hania w śmiech: - Nie opłaciło się oszukiwać świętego Mikołaja! Szukaj dobrze, może tam jeszcze jest i maść, od której urosną ci wąsy”.
Ewa Szelburg-Zarembina uczy małych czytelników altruizmu. Wólka, wieś biedna, i prawie nikogo nie stać na choinkę. Więc dzieci uradziły by zrobić jedną wspólną choinkę na świeta. A gdze ją postawić? Losy ciągnąć? Nie, to byłby traf, a nie sprawiedliwość – stwierdził Janek. A Zosia zaproponowała, by choinkę postawić w izbie u Popiołków. Dzieci nie były zachwycone: „To najgorsza chałupa we wsi! To lepianka!”. Ale Zośka postawiła na swoim. Wytłumaczyła, że małe Popiołki są najbiedniejsze, nie mają nawet kapoty i butów, by do choinki przyjść, więc choinka powinna przyjść do nich.  I tak zrobili. Tylko Pawełek się wyłamał. A że jego ojca. Bogatego młynarza stać było i na zakup świerczka, i na śliczne ozdoby, piękne było Pawełka drzewko. I na tym niestety koniec. Ciąg dalszy w kolejnym Płomyczku. Zobaczymy jak to będzie z Pawełkiem, z Popiołkami… ale dopiero za tydzień.
To może na pociechę trochę poezji. Najpierw fragment wiersza  „Zima idzie” Ireny Paczoski:  
Otuli ziemię w biały puch,
Tak biały jak łabędzie,
Dobry dla ziemie opiekuńczy duch,
Bo zimno, zimno będzie.
W kożuchu śnieżnym ciepło jej,
Nic złego jej nie będzie!
Już nie ma liści – drzewom teraz lżej.
Baśń zimy wróżka przędzie.

A teraz coś z M. A. Kacprzyckiej:
Już niedługo przyjdą święta, wiesz, synku?
Już niedługo ucieszysz się choinką.
Trzeba teraz, mój ty mały pieszczochu,
Przygotować nam zabawki po trochu.
Z tych papierów, z tych przeróżnych bibułek,
narobimy gwiazdek, lalek i kółek.
Pozłocimy potem szyszki, orzechy,
Aby więcej było w święta uciechy”
O tym samym pisze Alina Kwiecińska:
Dziatwa bardzo dziś zajęta,
Bo niedługo będą św….
A ozdoby choinkowe
Jeszcze wcale nie g…..
Dalej prędko do roboty!
Słomka, wata, papier z….
Klej, skorupki, włóczka, orzech,
Wszystko nam się przydać m…
W te kropki trzeba wstawić brakujące słowa. Spróbujcie. Mnie się udało.
No i żeby nie było za łatwo - zagadka: „Weź od misia (baczność ma pazurki) dwie głoski, tyleż dadzą komórki, trzy - na przełaj. Ten wyraz złożony, to będzie Święty nasz ulubiony”.
Na wypadek, gdyby komuś  udało się cofnąć w czasie, do grudnia 1934 roku, informuję, że Płomyczek „bardzo by się ucieszył, gdyby dostał od Was życzenia wesołych świąt”. Najlepiej przesłane na własnoręcznie zrobionych kartkach. Przepis na kartkę rzecz jasna znajdziecie w Płomyczku.  


PŁOMYCZEK. TYGODNIK DLA MŁODSZYCH DZIECI. 10 grudnia 1934 r.

Irena Włodarska–Paczoska pisze o „Przymrozku”, który: „Bielutkim szronem ozdobił płoty, Wszystko co ujrzał dokoła! Patrzą na siebie dachy, parkany, Kto je tak ubrał bielutko. Przymrozek, psotnik, skrył się już w kącie i siedzi jak mysz cichutko”. Niestety, przychodzi słonko i przepędza psotnika. Nie wszystkich to cieszy, bo świat wyczarowany przez niego pięknym się zdaje: „Szkoda! – na ziemi był tak króciutko, Ustroił szronem tak mało!”

wtorek, 6 lutego 2018

NEUROBIK. Ćwiczenie sprawności mózgu


Ćwiczenie 1. Pobudzanie zmysłów
W ramach neurobiku, czyli ćwiczenia sprawności mózgu, kupiłam na bazarze 15 różnych jabłek.  Krążąc między straganami, z każdego rodzaju jabłek wybierałam, zgodnie z podręcznikowym zaleceniem, po jednym owocu, ma wszelki wypadek najbardziej dorodnym. Sprzedawcy nie protestowali, zwłaszcza, że większość jabłek o tej porze roku jest w podobnej cenie. Ważyli i kazali mi płacić uśredniając cenę. Jeden tylko chciał koniecznie dowiedzieć się, po co to robię.
-A pani to jakaś kontrola?
Wytłumaczyłam, że to na zajęcia do szkoły. I był usatysfakcjonowany. Nawet zaczął mi opowiadać, z jakich to sadów ma te jabłka.
Sam kupuję – zapewniał.
Ponieważ przy okazji chciałam poszerzyć swoją erudycję, każde jabłko wkładałam do przygotowanej wcześniej torebki i zapisywałem nazwę gatunku. To znaczy miałam zapisywać, ale głupio mi to było robić na oczach sprzedających, więc wyciągałam flamaster dopiero wówczas, gdy nabierałam pewności, że już na mnie nie patrzą. W efekcie już przy drugim straganie wszystko mi się poplątało.
W domu zarządziłam degustację. Nie spotkało się to z niczyim entuzjazmem. Musiałam ćwiczyć zmysły w samotności. Każde jabłko, po kolei kroiłam na ćwiartki i próbowałam. Wszystkie smakowały podobnie,  i albo kubki smakowe zaczęły mi już zanikać, albo nastąpiła jakaś unifikacja smaku tego wspaniałego przecież owocu. Sprawa niewątpliwie wymaga zbadania.
Na koniec akcji zrobiłam jabłka w cieście, zużywając nieskonsumowane w ramach neurobiku kawałki. I okazało się, że to jednak były różne jabłka. Jedne się w pieczeniu rozleciały, inne wyszły z pieca surowe. Niektóre, muszę to uczciwie odnotować, były w sam raz.   
Po zjedzeniu solidnego kawałka jeszcze ciepłego wypieku, odnotowuję, że odczułam znaczną poprawę kondycji mózgu. Polecam.




Ćwiczenie 2. Milczycie w obiad, mój panie Konracie
Instrukcja w miarę prosta. Mam się powstrzymać od gadania w trakcie jedzenia, a potrawy zaczną inaczej smakować, poczuję nowe zapachy, usłyszę nowe dźwięki. Świat pokaże nowe, jak rozumiem niezwykłe, oblicze. Świat jedzenia, oczywiście.
Postanowiłam od razu przystąpić do dzieła. Niedzielny obiad. Rosołek z makaronem. Kawałek mięsa  z rosołu z kartofelkami i surówką. Klasyka. Na tyle nieinteresująca, że syn po sprawdzeniu, co jest dzisiaj na obiad, stwierdził, że nie jest głodny i zje ewentualnie coś później. Jako uznająca prawo innych do wolności osobistej, nie kwestionowałam jego decyzji. Pozostało mi ćwiczyć w towarzystwie małżonka. Niewtajemniczonego zresztą w moje neurobikowe poczynania, jako że z góry uznałam, że je wyśmieje i wszystko zepsuje.
Siedliśmy za stołem. Rosół w talerzach. Łyżki w dłoniach. I nic. To znaczy – ja nic nie mówię. On, mimo że nie wtajemniczony, też nic. W normalnych warunkach pewnie bym zaproponowała „Daj głos”, ale teraz poprawiam kondycję mózgu i milczę. Rosół jak rosół, za to siorbanie, moje osobiste, jakieś głośniejsze. Mąż nie siorbie, ale za to wzdycha, co strasznie mnie wkurza. Dwie – trzy łyżki rosołu i westchnienie, znowu trochę rosołu i znowu westchnienie.  Zapytać, co mu tak ciężko, nie mogę, bo przecież ćwiczę milczenie, ale szlag mnie pomału trafia.
Drugie danie nałożone.  
- Wypijesz herbatę? – pytanie Męża przerywa ciszę, która brzęczy w uszach. Mam wrażenie, że tylko w moich, ale w każdym razie brzęczy.
-Jak możesz, to zrób – odpowiadam niebacznie i nie wiem, czy ta moje odzywka już zniszczyła sens ćwiczenia, czy jeszcze nie.
Wczuwam się w smak potrawy. Kartofelki całkiem, całkiem. Może przydałoby się trochę więcej masełka. Mięsko trochę bez smaku, ale czego wymagać od wygotowanej sztuki. Surówka sama pychota. Czy to już te nowe doznania? Czy mój mózg młodnieje?
Widelec trochę stuka, w drzwi balkonowe zaczyna drapać kot sąsiadów. A mnie zaczyna ogarniać furia i za chwilę wybuchnę, wrzasnę, przełamię tę ciszę, bo widzę to coraz wyraźniej, a właściwie słyszę, że on, mój Mąż, w ogóle nie zauważył, że się do niego nie odzywam.  

*Tytuł zapożyczyłam od Kochanowskiego:  „Milczycie w obiad,  mój panie Konracie; Czy tylko na chleb gębę swą chowacie?”

Ćwiczenie 3. Zamiana miejsc

Kolejna porada z książki L.C. Katza i M. Rubina, na której bazuję w swoich staraniach o poprawę kondycji mózgu, dotyczy zamiany miejsc w czasie obiadu. W porządku, myślę, pomysł nie jest głupi. Tym bardziej, że chyba trochę się zasiedziałam. Od dziesięciu lat zajmuję to samo miejsce, przy  dłuższym boku prostokątnego stołu, tyłem do aneksu kuchennego, z widokiem na ogród. Na wprost mnie zasiada syn (z widokiem na aneks kuchenny i na mnie oczywiście), po lewej stronie córka (ma dzięki temu szansę oglądania mało atrakcyjnych schodów), po prawej mąż (z widokiem na najładniejszy fragment pokoju i najładniejszą osobę w rodzinie /zgadnijcie - na kogo?/).
O dziwo, każdy z domowników uważa, że ma najlepsze miejsce i wcale nie chce z niego zrezygnować. W końcu udaje mi się, nie tyle zamienić miejscami, co zmienić miejsce. Syn odbiera telefon i oznajmia, że nie będzie na obiedzie. Zasiadam więc na jego krześle. Tłumaczę, że przesiadłam się, bo słońce mnie oślepia. No i czekam na efekty, czyli na obiecane przez Katza i Rubina skutki przetasowania społecznego.
Siedzę z widokiem na aneks kuchenny, zajmuję krzesło syna, czyli osoby o niższej, przynajmniej teoretycznie, pozycji w rodzinie, nie widzę tego, do czego byłam przyzwyczajona i co dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Wsłuchuję się w swoje wnętrze. Zamiana miejsc ma przynieść wyzwania i zrewidować moje przestarzałe poglądy.  Trochę się boję, bo grozi mi utrata dotychczasowego statusu, nie najgorszego przecież, bo związanego z władzą i autorytetem.
Pierwsze minuty nie przynoszę jednak odczucia utraty dotychczasowej pozycji w rodzinie, a jedynie odkrycie, że te gary w kuchni nie wyglądają atrakcyjnie, a drzwi od szafki przy zlewie są pochlapane. I że głupi miałam pomysł kupując białą, a nie srebrną lodówkę. A w ogóle, to jak tylko trafi mi się trochę ekstra forsy, to zrobię remont i zamknę aneks kuchenny, zbuduję mur, by nie musieć patrzeć na ten kuchenny bałagan w trakcie obiadu.
 I nagle uświadamiam sobie, że oto pojawiło się wyzwanie, będę oszczędzać na remont. Ćwiczenie okazało się skuteczne. Może nie do końca o taki efekt chodziło autorom poradnika, ale dobre i to. A co z zapowiedzianą rewizją poglądów? Nastąpiła, a jakże. Po pierwsze, nie podobają mi się już aneksy kuchenne; po drugie, uświadomiłam sobie, że mojemu synowi nawet największy bałagan nie jest w stanie odebrać apetytu, bo on go po prostu nie zauważa; a po trzecie, już wiem, że gości, na których mi zależy, muszę sadzać przy dłuższym boku stołu, z widokiem na ogród, tyłem do aneksu kuchennego.
A swoją drogą, to miałam intuicję zajmując to miejsce po raz pierwszy, dziesięć lat temu, gdy wprowadziliśmy się do nowego domu.

Ćwiczenie 4. Wspólna działalność

Poniedziałek rano. Pora zaangażować się w działalność na rzecz społeczności lokalnej. Pomysł może nienowy, ale trzeba przyznać, że ostatnio bardzo się w tej sferze rozleniwiłam. A przecież ongiś, wraz z innymi zapaleńcami, sadziłam drzewka, by ocalić atmosferę; osobiście wylewałam  na podwórko hektolitry wody, by zmieniły się w ślizgawkę, tak pożądaną przez dzieciaki z sąsiedztwa; skrzykiwałam sąsiadów w ramach akcji „podwórkowa wyprzedaż” i tak dalej, dalej… Ale to już przeszłość. Teraz nie robię nic.  Niedobrze, bowiem jak twierdzą specjaliści, realizując projekty na rzecz najbliższego otoczenia mam okazję nie tylko nawiązać nowe kontakty, ale również wykorzystać  ręce i co ważniejsze mózg w nietypowy sposób.
Poniedziałek, późne popołudnie. Okoliczności mi sprzyjają. Właśnie wyjęłam ze skrzynki pocztowej zawiadomienie o zebraniu naszej wspólnoty mieszkaniowej. Data, godzina, miejsce – wszystko pasuje. Nie jestem w tym czasie zajęta. Pójdę. I sąsiadkę zza ściany namówię Jest tyle rzeczy do zrobienia. Mam pomysły.
Środa, czyli dzisiaj.  Dzisiaj jest dzisiaj. No i totalna klapa. Straciłam okazję na poprawę kondycji mego mózgu. Nie polepszę też moich relacji sąsiedzkich. Zapomniałam o zebraniu.

Ćwiczenie 5. Aktywizowanie drugiej strony ciała
Mamy jedną doskonalszą od drugiej półkulę mózgu i jedną sprawniejszą od drugiej połowę ciała. Jesteśmy zlateralizowani. W większości prawostronni. Co prawda od zawsze mam podejrzenie, że w moim przypadku w grę wchodzi lateralizacja skrzyżowana, czyli prawa ręka, lewe oko i prawa noga; ale akurat w tym momencie nie ma to znaczenia. Będę bowiem aktywizować wyłącznie nie tę co zazwyczaj rękę. Reszta pozostanie bez zmian. Na dodatek jest to sytuacja wyższej konieczności. Będę używać ręki lewej, bo prawą, dominującą, właśnie złamałam. 
Pierwsza próba miała miejsce jeszcze w szpitalu, gdzie wylądowałam na ostrym dyżurze. Miła pani z rejestracji spojrzała na moją zagipsowaną prawą rękę badawczym okiem i podsuwając jakiś wymagający natychmiastowego podpisu niezwykle ważny dokument, spytała:
- Pani jest praworęczna?
Chętnie bym skłamała, bo sprawiała wrażenie, że bardzo, ale to bardzo, chciałaby ujrzeć leworęczną pacjentkę, ale uczciwa część mego Ja wzięła górę.
-Tak, ale mogę spróbować podpisać się lewą ręką.
I spróbowałam. Powstał jakiś dziwaczny bohomaz, ale pani była zadowolona.
Potem było gorzej. Przy próbie skorzystania z toalety szpitalnej nieomal nie złamałam ręki ponownie, a poza tym przeżyłam silny stres, bo nie dałam rady porządnie zamknąć drzwi i ryzykowałam, że w każdej chwili mogę być przyłapana w dość dziwacznej pozie przy dość wstydliwej czynności.
Powrót do domu przyniósł kolejne wyzwania. Takie chociażby mycie zębów – jakież to skomplikowane. Zwłaszcza operowanie naciskiem szczoteczki. Dość sprytnie, choć może mało apetycznie,  poradziłam sobie z odkręcaniem tubki z pastą. Imadło z zębów. W odkręcaniu butelek  zastosowałam analogię, czyli imadło z kolan. Ciekawą przygodą okazuje się jedzenie łyżką. Powrót do dziecięctwa. Ruchy wykonywane łokciem, a nie nadgarstkiem. Sztywne i często chybione. Po jedzeniu trzeba mi zmieniać ubranko. Zaczynam rozumieć, dlaczego miliony ludzi jedzą rękoma. Bez sztućców jest dużo łatwiej i szybciej. A tak w ogóle potrawy jedzone lewą ręką mniej smakują. Może schudnę. Zauważyłam, że prawą rękę zastępuję prawą nogą. Przytrzymywanie, podnoszenie z ziemi, zamykanie i otwieranie drzwiczek, i wspaniała współpraca z lewą ręką.   
Wszystko zajmuje dużo czasu. Mycie, ubieranie (konieczna okazała się rezygnacja z biustonosza),  czesanie się, zmycie szklanki (a raczej jej opłukanie), poprawienie poduszki w łóżku, posmarowanie twarzy kremem – niezdarne i powolne. Nie poddaję się jednak i ćwiczę. Najlepiej wychodzi mi pisanie na komputerze, czego dowodem ten wpis. Opanowanie myszki zajęło niecałą godzinę. Niestety, przyszła kryska na Matyska, i stanęłam przed koniecznością napisania kilku zdań odręcznie. Spróbowałam, a potem zadzwoniłam po odsiecz do sąsiadki. Napisała za mnie, prawą ręką.

Tekst napisany w 2013 r. 

poniedziałek, 5 lutego 2018

O MNIE NA STARCIE DO BLOGOWANIA

Dlaczego ”naplusie”?  By wyjaśnić, trzeba przyznać się do najlepszego, czyli do wieku. Kiedyś mój brat, w słusznym, bo pięćdziesiątym roku życia, patrząc z zazdrością na pięknych trzydziestoletnich, rzekł: No my przynajmniej już mamy te pół wieku za sobą, a oni – jeszcze nie wiadomo. My, mówiąc wprost, jesteśmy na plusie. A jeżeli nawet innym się tak nie wydaje, to ich zmartwienie.  
Skończyłam sześćdziesiątkę.  Jestem „na plusie”, bo przecież równie dobrze mogłoby mnie nie być. Już koło czterdziestki byłam mocno zaniepokojona. Dopadła mnie smuga cienia. Zaczął się proces schodzenia z górki. A jak wiadomo przy schodzeniu łatwo się potknąć.

Średnia życia dla kobiet daje mi  co prawda szansę na jeszcze co najmniej dwie dekady ziemskich rozkoszy, ale nie daje pewności, że tak będzie. Inne mają co prawda jeszcze gorzej. Ponoć najkrócej w Europie żyją Rosjanki, Ukrainki i Mołdawianki, średnio mniej niż 75 lat. Ale są i takie, którym żyje się dłużej – np. Francuzkom i Szwajcarkom. Ojczyzny się nie wybiera.  Muszę się zadowolić polską osiemdziesiątką. 60 plus.

POŻEGNANIE ONETU



To był bardzo trudny moment, gdy dowiedzieliśmy się, że musimy przed 31.01.2018 r. opuścić terytorium Onetu, jako że platforma blog.pl będzie w tym dniu zamknięta. Podziękowano nam. Obiecano pomoc w sprawnej wyprowadzce.
No i rozpoczął się nasz blogerów exodus. Mnie zawiódł w to miejsce. Życzliwe na szczęście, ale wymagające oswojenia.

naplusie.blog.pl rozpoczął życie 27 stycznia 2013 r. Właśnie skończył 5 lat. Ponad 20 tys. wejść. Dokładnie: 227736. Ponad tysiąc komentarzy. Może nie tak wiele, ale "zawszeć". Wszystkim przyjaciołom blogu dziękuję za odwiedziny i komentarze. I zapraszam pod nowy adres.   

Warto przeczytać!

POŻEGNANIE ONETU